Oglądaj Eurosport i Eurosport 2 na żywo na ekranie Twojego komputera. Zarejestruj się TUTAJ
Podatki po holendersku
Holendrzy są inni. Poczynając od liberalnego, choć coraz mniej, prawa dotyczącego używania i posiadania miękkich narkotyków, na bezwzględnym przestrzeganiu wszelkich przepisów kończąc. Także przepisów ruchu drogowego. Przekonałem się o tym nie raz na własnej skórze, kiedy jadąc drogą z ograniczeniem do 60 km/h widziałem przez szyby toczących się dookoła samochodów kierowców wymownie pukających się w czoło.
Było to tym bardziej zaskakujące, że strzałka na moim liczniku ledwo sięgała siedemdziesiątki. 120 km/h – rozumiem, nawet byłbym w stanie pojąć owe gesty, jeśli jechałbym setką, ale 70 ? Dodając do tego standardowe przekłamanie licznika wynoszące średnio 10%, prawie mieściłem się w limicie. Natręctwo pukających się w czoło było jednak tak namolne, że z pokorą zwolniłem do 55 km/h. Niech im będzie - co kraj to obyczaj. Z biegiem czasu zacząłem nawet doceniać holenderskie poczucie obowiązku – szczególnie, kiedy przyglądałem się samobójcom na przepięknej trasie Warszawa – Gdańsk, którą poruszam się dosyć często i która zawsze przyprawia mnie o myśli typu „dopaść, zabić, głęboko zakopać”.
Ale zupełnie nie o tym chciałem pisać. Otóż Holendrzy wpadli na pomysł, by tzw. podatek drogowy naliczany był w zależności od rzeczywistej liczby pokonanych kilometrów. Na pierwszy rzut oka ma to głęboki sens – im więcej jeździsz tym bardziej przyczyniasz się do niszczenia nawierzchni, zanieczyszczania środowiska itp. Dzisiejszy poziom technologii daje możliwość dokładnego sprawdzenia, ile kilometrów, po jakich drogach i jakim samochodem pokonałeś. Dzięki systemowi GPS montowanemu w każdym aucie, odpowiednie władze naliczą podatek w odpowiedniej wysokości. W efekcie emeryt wyjeżdżający w niedzielę do rodziny dwie uliczki dalej, zapłaci mniej, niż kierowca codziennie dojeżdżający 50 km do pracy. Teoretycznie ma to sens. Z drugiej strony, jeśli podatek drogowy wliczony jest w opłatę paliwową, także więcej płaci ten, który więcej jeździ. Bez satelitów, namierzania, drogich systemów i zbędnej biurokracji. Jedyna różnica jest taka, że płacąc za paliwo, którego cena jest zupełnie różna w zależności od stacji, przy której nam go zabrakło, nie do końca wiemy, ile z owej kwoty wędruje do państwowej kasy. Dzięki systemowi GPS dokładnie wyliczymy każdego euro centa. Poza tym, za poruszanie się w zatłoczonych centrach wielkich miast zapłacimy więcej, niż za weekendową przejażdżkę na piknik nad jednym z holenderskich kanałów.
Holendrzy zakładają, że dzięki takiemu systemowi ograniczą ruch właśnie w dużych aglomeracjach, bo poruszanie się po centrum nie będzie się po prostu opłacało. W zamian za to, kierowcy przesiądą się do środków komunikacji miejskiej. Zmniejszy się emisja CO2, korki przestaną być uciążliwe. Pamiętając o holenderskim poczuciu obowiązkowego przestrzegania przepisów, jest to możliwe. Oczywiście na razie to tylko projekt, ale już teraz kilka europejskich krajów zapowiedziało, że holenderskiemu projektowi będą się bacznie przyglądać.
No właśnie. Poczucie obowiązku przestrzegania prawa. Tak się zastanawiam, co by się działo, gdyby holenderski system okazał się na tyle dużym sukcesem, że śledzące nas urządzenia GPS montowano by także w Polsce. Na razie to pieśń odległej przyszłości, ale poteoretyzować nie zaszkodzi.
Znając zaradność (w negatywnym tego słowa znaczeniu) naszych rodaków, natychmiast zaczęlibyśmy się zastanawiać, jak takie urządzenie wymontować albo przynajmniej ograniczyć jego funkcjonalność.
Idąc dalej, zapewne wielokrotnie patrzylibyśmy w szeroko otwarte oczy urzędników, rozkładających bezradnie ręce i tłumaczących, że NIE DZIAŁA, w związku z tym należałoby natychmiast wprowadzić opłaty „uśrednione” dla tych, których system nie był w stanie zweryfikować.
Po trzecie, nie bardzo wyobrażam sobie Polaków tłumnie rzucających się na przystanki autobusowe, tramwajowe i kilka stacji metra (chyba, że do tego czasu powstałoby kilka nowych). Korki stały się naszym nierozłącznym „przyjacielem”, który jest, bo być musi. Zresztą żadna to przyjemność sterczeć na przystanku w kraju, w którym, jak śpiewał kiedyś Kazik „ciągle pada i pada”.
Osobiście, z dwojga złego, czyli podatku w cenie paliwa lub tez rocznej opłaty, którą aby uiścić, należało spędzić pół dnia w kolejce na poczcie, wybieram paliwo. Trzecie opcja - system GPS - jakoś do mnie nie przemawia. I nie chodzi wcale o – jak twierdzą niektórzy – ingerencję w nasze prywatne życie, śledzenie każdego naszego kroku, inwigilację połączoną ze szpiegostwem. Ktoś, kto nie ma nic na sumieniu, nie powinien obawiać się takich rzeczy. Chodzi raczej o stronę praktyczną. Obawiam się, że to po prostu NIE MOŻE SIĘ UDAĆ. Tak, jak nie bardzo udaje się przekazywanie podatku na inwestycje związane z budową czy modernizacją dróg w stosunku 1:1.
Choć muszę przyznać, że także w tej kwestii jest coraz lepiej.
Macie jakieś inne pomysły ?
pozdrawiam
Adam Widomski
























You are logged in as administrator