A w ogóle na podium dopiero co zakończonych w Stuttgarcie mistrzostw Europy w tenisie stołowym aż roiło się od Chinek i Chińczyków. Najechali niemal wszystkie państwa Europy, chyba tylko poza Białorusią, Rosją i Ukrainą. Widocznie na Wschodzie trudniej przyznać obywatelstwo.
W całym sporcie zmiana państwowości jest obecnie zjawiskiem powszechnym. Dobrej klasy sportowcy, którzy jednak nie mają szans na występy w swoich macierzystych reprezentacjach, bo jest u nich nadprodukcja, szukają miejsca po świecie. W tenisie stołowym sytuacja zbliżyła się już do granic absurdu, zwłaszcza w Europie, ale także w Ameryce Łacińskiej. Nie masz przynajmniej dwóch byłych obywateli Chińskiej Republiki Ludowej, to staraj się o udział w mistrzostwach Afryki. Na ten kontynent Chińczycy nie dotarli - widocznie waluta w Mali, Gwinei czy innym Senegalu nie kusi swoją mocą.
Czy tenis stołowy w państwach europejskich zyskał na tym masowym imporcie? Pamiętajmy, że zezwalano na wyjazd tylko tym z poza pierwszej a nawet drugiej reprezentacji. Oczywiście, że byli to dobrzy gracze, ale najlepsi mieli grać dla Chin.
Ci którzy przyjechali do Europy sporo umieli, stosowali inną technikę. Można było skorzystać na tej współpracy. Przestała jednak być owocna, gdy tłum imigrantów zaczął zabierać miejsca w reprezentacjach i drużynach klubowych rodzimym pingpongistom.
Władze ETTU (Europejska Unia tenisa Stołowego) od pewnego czasu szukają sposobu przynajmniej częściowego zatrzymania „Wielkiego Marszu” chińskiego tenisa stołowego. Szukają, szukają, ale znaleźć albo nie mogą albo jednak tak naprawdę to nie chcą.



Imago


















