Tak udanym początekiem przygody z najbardziej prestiżowym zaproszeniowym turniejem może pochwalić się jedynie Stephen Hendry. Szkot, za czasów swej świetności, również wielokrotnie musiał toczyć batalie przeciwko rywalowi i kibicom. Zamiast dołować, wzmagało to jednak jego motywację.
Nie inaczej, wydaje się, jest w przypadku 26-letniego Anglika.
Mark Selby na pomeczowej konferencji prasowej:
- Na trybunach musiało być pewnie z 90% kibiców Ronniego i tylko garstka moich przybyłych z Leicester. Czułem się jak w jaskini lwa. Ronnie to jeden z najlepszych zawodników, jakich widział snookerowy świat. Ogromnym osiągnięciem jest pokonanie go w jakimkolwiek turnieju, a dokonać tego na jego własnym podwórku w tak wielkim turnieju, to rzecz niespotykana.
- Kiedy na sali jest tylko jeden stół, każdy mecz zdaje się być finałem. Wszystkie oczy skierowane są tylko na ciebie. To pomaga mi podnieść poziom własnej gry. Wiedziałem, że nie mogę pozwolić sobie na błędy, ani na stracenie koncentracji. Przy każdym zagraniu w końcówce czułem, jak krew wzbiera w moich żyłach, ale zdołałem powstrzymać emocje.
- Przy 9-6 dla Ronniego myślałem, że moje szanse są już pogrzebane. Spodziewałem się jego zwycięstwa. Wydawało się, że jestem nie tylko martwy, ale i pogrzebany w tym meczu. Wiedziałem też jednak, że koniec nie nastąpi dopóki nie wpadnie ostatnia bila. Później, kiedy dociągnąłem do 9-9, czułem, że to ja mam więcej inicjatywy przy stole. Wszystko, czego potrzebowałem, to jedna szansa. Pod koniec frejma otrzymałem nawet więcej i zrobiłem, co do mnie należało. Wciąż muszę się szczypać, bo nie mogę uwierzyć, że się udało.
- Stephen Hendry mawiał, że sezon nie był dla niego udany, jeśli nie wygrał mistrzostw świata lub Masters. To pokazuje, jak ważnym turniejem jest ten w Londynie, skoro Szkot stawia go przed UK Champioship.



Imago





















