Jeszcze podczas londyńskiego Masters w połowie stycznia zorganizowaliśmy dla telewidzów zabawę, w której można było wygrać 10 wejściówek na mecze jednego dnia German Masters. Jeden ze zwycięzców, Mariusz Wychowaniec, pokusił się o napisanie dosyć obszernej relacji, w której podzielił się wrażeniami z wyjazdu do stolicy Niemiec.
(Opis zaczerpnięty z profilu na facebooku)
Ok, krótki opis moich wrażeń.
Emocje związane z wyjazdem na turniej zaczęły się dla mnie już w czwartek po południu [2 lutego - przyp.], kiedy pojechałem pociągiem do Wrocławia. Stamtąd w piątek rano razem z Olą i Tomkiem (a później również z Mateuszem ze Strzegomia) wyruszyliśmy do Berlina.
Dojazd na miejsce odbył się bez większych problemów, praktycznie pod sam Tempodrom można podjechać autostradą. Pod obiektem byliśmy o 13:00, odebraliśmy wejściówki i wielki snookerowy świat stanął przed nami otworem.
Na specjalnym stoisku kupić można było wiele różnych pamiątek takich jak kartki z podobiznami każdego z zawodników, szaliki, koszulki, biografię Ronniego (po niemiecku), torby oraz podobno oryginalne bile. Ja sam zdecydowałem się na jedną z tych ostatnich w nadziei, że na cokolwiek mi się ona przyda.
O 14:00 rozpoczęła się druga część 1/8 finału. I na początek spore zaskoczenie (przynajmniej dla mnie). To, że będzie widać gorzej niż w TV było wiadome (tym bardziej, że dostaliśmy miejsca w ostatnim rzędzie na samej górze). Nie spodziewałem się natomiast, że przy grze na 4 stołach jednocześnie tak trudno skupić na czymś uwagę. Początkowo troszkę to przeszkadzało, że tak wiele działo się na raz. Jednak po tym jak człowiek się przyzwyczaił, to w momencie kiedy na arenie zostawał tylko jeden "grający" stół, widowisko stawało się lekko nudnawe. Publiczność niemiecka niestety nie zawsze klaszcze w odpowiednich momentach, a czasami zupełnie bez sensu.
W przerwie między sesjami udało nam się złapać Martina Goulda - zrobić sobie z nim zdjęcia i zdobyć autografy. Koleżance Oli udało się oprócz tego zdobyć podpis Stevensa oraz Mike'a Dunna. Przerwę poświęciliśmy na krótki spacer po centrum Berlina, było zimno więc szybko wróciliśmy do Tempodromu, mając nadzieję, że uda się spotkać któregoś z innych zawodników. Niestety żaden wtedy do nas, ani nikogo innego, nie wyszedł.
Wieczorne ćwierćfinały minęły nam szybko i przyjemnie, o meczach raczej nie ma się co rozpisywać. Jednemu z nas - Tomkowi - udało się natomiast w przerwie pojedynku, pomimo wielu problemów stwarzanych przez organizatorów, dostać podpis od Ronniego. Po zakończonym telewizyjnym pojedynku nie było natomiast trudności z dostaniem się do Maguire'a (kolejny podpis + fotka).
Moje luźne spostrzeżenia: Selby na żywo wygląda na chudszego niż w TV, Jan Verhaas na żywo wygląda na wyższego niż w TV
Później został nam już tylko powrót do domu. W moim przypadku akurat bardzo długi, bo dopiero o 13:22 byłem w Łodzi. Ale dzięki Wam udało mi się spełnić jedno z moich marzeń i za to jestem wdzięczny - 2 podpisy i 2 zdjęcia z zawodnikami tylko je uzupełniły. Była to jedna z najfajniejszych rzeczy jakie przeżyłem. Oby kiedyś udało się odwiedzić finał któregoś z turniejów i zdobyć autografy kolejnych snookerzystów.
Warto wspomnieć o jednym poważnym minusie - podczas oglądanych przez nas pojedynków nie padł break maksymalny ;).
Miało być krótko, wyszło całkiem długo, a i tak pewnie o wszystkim nie napisałem.



Imago





















