Małysz w sobotę był chyba jeszcze bardziej wzruszony, niż po swoim pierwszym sukcesie w Vancouver. Polak dziękował kibicom, uśmiechał się od ucha do ucha, a kiedy na maszt wciągano biało-czerwoną flagę, to zarówno jemu jak i zgromadzonym w Medal Plaza fanom, ciężko było powstrzymać łzy.
Medale skoczkom wręczała wybitna polska lekkoatletka, Irena Szewińska. - To wszystko było dla mnie jeszcze bardziej wartościowe, bo wręczała mi medal Polka - powiedział Małysz. - Najważniejsze jednak jest to, co usłyszałem z jej ust, że specjalnie wybrała sobie sobotnią ceremonię, bo głęboko wierzyła, że stanę na podium - dodał.
"Orzeł z Wisły" zdradził, że jego medale różnią się od siebie. - Widać, że nie idzie to seryjnie, tylko ktoś siedział i włożył w wykonanie tego ciężką pracę - ocenił.
Szczęśliwą cyfrą Małysza jest bez wątpienia czwórka. Polak czterokrotnie stawał na olimpijskim podium, cztery razy był mistrzem świata i tyle samo razy triumfował w Pucharze Świata.
- Nawet na koszulkach, które sprzedaję w swojej galerii, mam napisane 4x4. Teraz dodamy jeszcze jedną czwórkę - powiedział.
Co dalej? - Świętowanie. Chłopaki już na pewno szampana kupili. Zresztą oni już na skoczni trochę poświętowali, bo dostali flachę od polskiego trenera kanadyjskich skoczków, Tadeusza Bafii - mówił.
Skoro do oddalonego od Polski o prawie dziewięć tysięcy kilometrów Whistler zdołało przybyć tylu fanów, trudno się dziwić, że w kraju wybuchła po raz kolejny "Małyszomania". Przeprowadzono nawet przed konkursem na dużej skoczni akcję zapuszczania wąsów, na znak jedności i wsparcia dla "Orła z Wisły".
- Nie chcę o tym myśleć, co tam się dzieje. Mój kuzyn Sylwek napisał mi smsa, że gazety tytułują strony "King is back" (z ang. król powrócił), ale mam nadzieję, że w końcu wejdzie taka moda, że ja nie będę musiał golić wąsów, a ludzie zaczną je zapuszczać - śmiał się Małysz.



AFP





















