"Załóż dziwaczny kapelusz, potrząsaj krowim dzwonkiem, machaj narodową flagą i bądź przyjazny dla wszystkich. W ten sposób wtopisz się w tłum pod narciarską skocznią" - pisze z Vancouver reporter Reutersa.
"Nie doświadczysz tutaj szowinizmu, buczenia i kociej muzyki, co zdarza się na hokeju czy curlingu.
- Żadna dyscyplina nie może równać się ze skokami. Chodziłem na mecze NHL. Są w porządku, ale tutaj wszyscy tworzymy jedną wielką rodzinę. Nie ma żadnej wrogości - mówi Zbigniew Polakowski z Chicago.
Wszyscy kibice pod skocznią doceniają odwagę zawodników, każdy dostaje brawa po wylądowaniu. Bez względu na narodowość.
- Skoki na żywo wyglądają zupełnie inaczej niż w telewizji. To trochę szokujące. Jak w ogóle można uprawiać tę dyscyplinę? - z podziwem pyta Andrea Shelley z Seattle w USA.
Pod skocznią w Whistler Szwedzi w hełmach Wikingów mieszają się z Polakami w czerwonych kapeluszach z doczepionymi blond warkoczami. Sławek Mirocha wraz rodziną owinięci są wielkimi, biało-czerwonymi flagami. Na głowach mają czapki błaznów z dzwoneczkami.
Mirocha dziwi się, gdy pytamy, czy warto było przebyć 8000 kilometrów, by zobaczyć weterana skoczni Adama Małysza.
- Przecież to nie tak daleko. Istnieje coś takiego jak samolot. No i do Kanady nie potrzebujemy wiz - tłumaczy Polak, przekrzykując tłum kibiców." - kończy swój reportaż David Ljunggren z agencji Reutera.



Eurosport





















