Z Dawidem Murkiem, przyjmującym AZS Częstochowa, rozmawia Piotr Grabka
Po takim meczu można chyba śmiało powiedzieć, że uciekliście spod topora? Politechnika prowadziła już 2:0, ale mimo to wy wygraliście.
- Politechnika na pewno może pluć sobie w brodę, bo 3 punkty były w ich zasięgu. My zagraliśmy dużo słabsze spotkanie niż w Bydgoszczy, ale cieszymy się, że potrafiliśmy się podnieść i zagrać do końca. Nie jest sztuką grać jak zespół, gdy wszystko idzie jak po maśle. Prawdziwym testem jest poradzić sobie, gdy nie idzie i tak właśnie dzisiaj było. Męczyliśmy się, ale udało nam się wygrać.
Po zwycięstwach nad Olsztynem i Bydgoszczą przyjechaliście do Warszawy jako faworyt. W pierwszej części meczu można było odnieść wrażenie, że ta presja Wam ciążyła.
- Ja wcale nie czułem, że jesteśmy faworytami. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, jakim zespołem jesteśmy, i kto stoi po drugiej stronie siatki. Zdawałem sobie sprawę, że czeka nas trudne spotkanie i to się potwierdziło. Tak zresztą wygląda dla nas każdy mecz. Nie zapominajmy, że mamy całkiem nowy i - przede wszystkim - bardzo młody zespół.
Pana powrót do Częstochowy był jednym z największych hitów transferowych w Plus Lidze. Kiedy dostał Pan propozycję z AZS-u?
- Decyzja zapadła bardzo szybko, po tym jak Skra podpisała kontrakt z Michałem Winiarskim. Dla mnie automatycznie otworzyła się wtedy furtka w Częstochowie, gdzie był potrzebny zawodnik na przyjęcie. Skorzystałem z tej możliwości, bo w Skrze byłoby nas pięciu i wszyscy nie mogliby grać. Oczywiście jest zdrowa rywalizacja - tak jak zawsze się mówi - ale jeden z nas i tak musiałby siedzieć na trybunach. W Częstochowie mam natomiast dużo większe szanse na grę i o to chodziło.
A jak się Pan czuje w tak młodym zespole jak AZS? Oprócz Pana tylko Marek Kardos przekroczył trzydziestkę.
- Jest jeszcze Piotrek Łuka, który ma spore doświadczenie w Plus Lidze i Wojtek Gradowski, który gra w Częstochowie od kilku sezonów. Tworzymy naprawdę fajną mieszankę młodości i doświadczenia. Jak widać to się póki co sprawdza. Dzisiaj było troszeczkę trudniej, ale te 2 punkty wywiezione stąd są dla nas bardzo cenne. Teraz myślimy już o następnym meczu.
Trenera Grzegorza Wagnera zna Pan jeszcze z boiska. Ma to jakiś wpływ na relacje między Wami?
- Dla Grzegorza ten sezon to spore wyzwanie, bo po raz pierwszy prowadzi zespół w Plus Lidze. Boiskowa przeszłość na pewno mu pomaga. Grając zdobywa się bezcenne doświadczenie, które można później wykorzystać w pracy trenera.
Tak się składa, że wchodził Pan do pierwszej reprezentacji podczas drugiej kadencji Huberta Wagnera. Są jakieś podobieństwa między nim a jego synem jako trenerami?
- Jedno wspólne na pewno mają: za każdym razem chcą wygrywać. Grzegorz musiał odziedziczyć tę cechę po ojcu, bo za każdym razem powtarza nam, że wychodzimy na mecz żeby wygrać.
- Także na ten temat



Eurosport





















