W finale mistrzostw Europy rozgrywanych w Polsce spotkały się bezsprzecznie dwie najlepsze drużyny turnieju, które nie schodziły jeszcze z parkietu pokonane. Do ostatniego meczu więcej setów straciły Holenderki – 4 przy trzech reprezentacji Włoch, broniącej tytułu. „Pomarańczowe” ostatni raz triumfowały w 1995 roku na swojej ziemi, ale w Polsce zachwyciły swoją grą. Przez wszystkich porównywane były do sprawnie działającej maszyny. Wszyscy zadawali sobie pytanie czy podopieczne Avitala Selingera będzie w stanie zatrzymać zespół Massimo Barboliniego.
Już pierwszy set dał odpowiedź, że tak, a następne, że można to zrobić w wielkim stylu.
Akcja na 15:13 dla Włoch była ozdobą pierwszego seta i całego meczu Taismara Aguero broniąc atak Holenderek rzuciła się pod krzesła na ławce rezerwowych, zdołała podbić piłkę, która wróciła na stronę rywalek, żeby po chwili znaleźć się ponownie w strefie Włoszek, a te skończyły kontrę pomyślnie. Nie dość, że punkt zdobyty w spektakularnych okolicznościach to taki, od którego Włoszki daaaleko odjechały. W pewnym momencie różnica wynosiła aż dziewięć punktów! „Pomarańczowa” maszyna pierwszy raz została aż tak zdominowana na tegorocznych mistrzostwach Europy (z Rosją przegrały seta do 19). O zwycięstwie do 16 zdecydowała genialna gra blokiem Włoszek i bardzo nieprzyjemna zagrywka, z którą zawodniczki Selingera miały spory problem.
Wydawało się, że rozjuszone niepowodzeniem Holenderki wrócą na właściwy tor w drugiej partii. Szybko objęły wysokie prowadzenie, żeby po chwili równie prędko je stracić. Od 10:4 dla Holandii w kilka minut zrobiło się 16:15 dla Włoch... Wszystko za sprawą Franceski Piccinini, która rozbiła zagrywką rywalki, a Kim Staelens nie była w stanie szybko rozegrać. W efekcie Debby Stam zamiast w parkiet, trafiała w szczelny blok, a trener Selinger brał czas jak nigdy i posłał Stam na ławkę... Niewiele to pomogło. Jego podopieczne zdołały ugrać jeszcze tylko trzy punkty. Kibice za to przecierali oczy ze zdziwienia, jak można było przegrać w takich okolicznościach.
Rzut okiem na statystykę po dwóch setach pomógł w rozwikłaniu tej zagadki. Włoszki były perfekcyjne we wszystkich elementach. Począwszy od przyjęcia – 81 procent, a skończywszy na ataku 45. Tak jak w sobotę fenomenalne zawody rozegrała Simona Gioli. Środkowa włoskiego zespołu znów była najskuteczniejsza. Prawie połowę ze swoich dziesięciu punktów zdobyła blokiem.
Ostatni set to już dominacja Włoszek od samego początku do końca. Jeżeli jakiś kibic zagadał się albo spóźnił o kilka minut na trzecią część meczu, to mógł być lekko zdezorientowany, bo Włoszki ekspresowo prowadziły 4:1, a zwycięstwo bezpiecznie dowiozły do końca. Kiedy Aguero po swoim serwisie zdobyła decydujący punkt zespół Massimo Barboliniego wpadł w szał radości. Włoszki dokonały tego, co drużyna Andrzeja Niemczyka w 2003 i 2005 roku.
Włochy - Holandia 3:0 (25:16, 25:19, 25:20)
Holandia: Debby Stam 6, Ingrid Louise Visser 7, Manon Flier 10, Chaine Staelens 5, Caroline Wensink 6, Kim Staelens 4, Janneke Van Tienen (libero) oraz Alice Blom 1, Maret Grothues 1, Francien Huurman 1.
Włochy: Eleonora Lo Bianco 4, Antonella Del Core 13, Jenny Barazza 8, Taismary Leiva Aguero 9, Francesca Piccinini 10, Simona Gioli 13, Paola Cardullo (libero) oraz Serena Ortolani 0



Other Agency





















