Z Jerzym Matlakiem, trenerem reprezentacji kobiet, rozmawia Piotr Grabka.
Niedługo miną cztery miesiące odkąd objął Pan żeńską reprezentację. Czy na drużynie widoczny jest już stempel Jerzego Matlaka?
Nie do końca. Miałem na to zbyt mało czasu . Jeszcze wiele jest do poprawienia. Bycie trenerem reprezentacji to trudny kawałek chleba. Nie da się tego porównać z pracą w klubie, gdzie ma się około 7-8 miesięcy na to, by się wykazać. W kadrze tego czasu jest dużo mniej. Na samym początku mojej kadencji graliśmy turniej w Montreux i już wtedy zaczęło się patrzenie na ręce. A przypomnę, że moment był dla nas bardzo trudny. Po igrzyskach w Pekinie zespół praktycznie się rozsypał. Z różnych powodów reprezentacyjne kariery pokończyły tak kluczowe zawodniczki jak Małgorzata Glinka czy Maria Liktoras. Wszyscy się zastanawiali jak to dalej będzie i czy w ogóle uda się coś z tego sklecić. Tymczasem w Szwajcarii wypadliśmy zaskakująco dobrze. To był sygnał, że reprezentacja idzie w dobrym kierunku.
Po niespełna dwóch miesiącach mieliśmy kolejny sprawdzian – kwalifikacje do mistrzostw świata. Pomimo awansu, po porażce z Turcją spadła na nas ogromna fala krytyki. Nikt się nie zajmował tym, że w przyszłym roku zagramy na MŚ, że przed zespołem pojawił się bardzo konkretny cel. A przecież dzięki turniejowi w Rzeszowie ta reprezentacja - niezależnie od wyniku podczas mistrzostw Europy - ma przed sobą przyszłość.
A oprócz wspomnianego awansu do MŚ co Pan uważa za swój największy sukces w dotychczasowej pracy z reprezentacją?
Sam początek był dla mnie zaskakująco dobry. Byłem przyjemnie zaskoczony tym jak błyskawicznie dziewczyny zaczęły dawać sobie radę. Pomimo kilku poważnych tzw. ubytków potrafiły wygrywać w Montreux z Japonią czy Niemcami. Potem – jak by tego było mało – pokonały na ich własnym terenie faworyzowane Włoszki, co wcześniej nigdy się nie zdarzało. Ni z tego ni z owego wszyscy zwariowali, że to już jest zespół na miarę mistrza Europy. Z kolei po awansie do MŚ na turnieju w Rzeszowie i tak znalazło się wielkie grono niezadowolonych. Fakty jednak są takie, że do tej pory dziewczyny ze wszystkim się wyrobiły. I to jest niewątpliwy sukces.
Zaniepokojony jestem natomiast – tak jak i cały zespół – tym, że dwa razy przegraliśmy z Holandią, z którą za chwilę grać będziemy w jednej grupie podczas ME. Zdajemy sobie sprawę, że musimy zagrać z nimi inaczej, jeżeli chcemy wygrać. Jak? Na razie mogę powiedzieć tylko, że nad tym pracujemy.
Po dużej dawce różnorakich turniejów ostatnio szlifowaliście formę na zgrupowaniu w Szczyrku. Na co kładliście tam największy nacisk?
Musieliśmy odbudować motorykę po wycieczce do Azji i po tych trzech tygodniach z World Grand Prix. W tym okresie praktycznie nie trenowaliśmy. Zdarzało się, że rozruch przed meczem robiło się w pokojach hotelowych, bo nie było innego wyjścia. Dlatego w Szczyrku wróciliśmy do siłowni, do motoryki, do podstaw techniki, czyli do elementów, które ostatnio były zaniedbane. Za nami dwa tygodnie ciężkiej pracy. Liczę, że efekty będą widoczne już w Weronie.
Do Włoch zabiera Pan 15 zawodniczek – o jedną więcej niż liczyć będzie kadra na ME. Czy to właśnie z tej grupy dokona Pan ostatecznego wyboru?
Teoretycznie mogę wybierać spośród 23 zawodniczek, bo tyle liczy szeroka kadra na ME. W praktyce jednak ewentualne zmiany nastąpią tylko w razie jakiś sytuacji losowych.
Zapytam jak facet faceta. Ciężko jest zapanować nad tak dużą grupą kobiet? Każda to przecież inny charakter, inny temperament.
Na szczęście sam nie jestem, bo mam jeszcze siedmiu współpracowników, i to wszystko są mężczyźni. A już tak na poważnie – nie jest łatwo. W klubie człowiek ma czas na to by poznać zespół i znaleźć z nim wspólny język. W reprezentacji natomiast przyjeżdżają zawodniczki i spotykają się z moimi zachowaniami, do których nie są przyzwyczajone. Albo odwrotnie – ta ja nie akceptuję pewnych rzeczy u nich. Dlatego musimy się uczyć wspólnie jakoś kooperować żeby się nie pozabijać. Przez trzy ostatnie miesiące zrobiliśmy spore postępy, ale wciąż jeszcze się docieramy.
Można ostatnio usłyszeć opinie, że Pan złagodniał odkąd został trenerem kadry. Prawda to czy fałsz?
Zdawałem sobie sprawę, że w reprezentacji spotkam się z nową grupą ludzi, którzy mogą moje zachowanie mylnie interpretować. Rzeczywiście, staram się bardziej opanować niż to było w klubie. Wychodzę z założenia, że kadra jest takim miejscem, że zanim się nie poznamy do końca to ktoś może nie zrozumieć, czego od niego chcę próbując wymusić to krzykiem czy szorstkim poleceniem. Czasami dla dobra zespołu trzeba nim jednak potrząsnąć.
Turniej w Weronie to dla Was ostatni już sprawdzian przed jesiennymi ME. W przypadku powodzenia, kto wie czy nie podziała to na Was jak memoriał Wagnera na męską reprezentację? Tam zespół Daniela Castellaniego spisywał się rewelacyjnie, a teraz zagra o medale w Turcji.
Ja bym w ogóle nie szukał porównań z męską kadrą. To są dwie zupełnie różne sprawy. Pewnie, że chcielibyśmy dobrze wypaść w Weronie. Ale czy to będzie dla nas papierek lakmusowy? To jeszcze nie będą ME i jeżeli coś pójdzie nie tak, to trudno. Z drugiej strony dobry występ we Włoszech na pewno by nas podbudował.



Other Agency





















