AZS Częstochowa awansował właśnie do 1/4 finału siatkarskiej Ligi Mistrzów. Podopieczni Radosława Panasa po pasjonującym dwumeczu pokonali wielką Piacenzę. W kolejnej rundzie trafili na mistrzów Włoch i obecnego lidera Serie A - Itas Diatec Trentino. Pierwszy mecz pojedynku częstochowian już 4 marca we własnej hali. - Jeżeli moi zawodnicy będą pracować dalej z takim zaangażowaniem i zapałem, to w przyszłości polska siatkówka i jej kibice będą mieli z nich dużą radochę - przekonuje Radosław Panas.
Mówił Pan po meczu z Piacenzą, że zagraliście "z jajami". Czy dodatkowo zmobilizowało was zwycięstwo Skry z Dynamem?
Bardzo się cieszyliśmy, że Skra awansowała. Trzymaliśmy za nich kciuki, ale nie było to dla nas dodatkową motywacją. Sam mecz z Piacenzą wystarczająco nas zmotywował. W pewnym stopniu zadziałały też na nas słowa trenera rywali.
W 1/4 finału trafiacie na Itas Diatec Trentino, lidera Serie A i znów trzeba tak zagrać. Nie boi się Pan, że trema zje zawodników?
Trzeba będzie zagrać równie dobrze, jak z Piecenzą, jeżeli nie lepiej, by awansować do kolejnej rundy. Zespół Trentino w ostatnim czasie gromi rywali. Z wiceliderem włoskiej ligi (Bre Banca Lannutti Cuneo przyp. pk) wygrał gładko w dwóch setach do 17 i jest w znakomitej formie. Jest to praktycznie zespół bez słabych punktów, z silną ławką. Dyspozycja dnia lub poszczególnych zawodników zadecyduje o końcowym wyniku. My ze swojej strony postaramy się oczywiście o jak najlepszą grę. Chłopcy będą chcieli się pokazać w kolejnej rundzie Ligi Mistrzów. Nie stoimy na straconej pozycji. Jestem pewien, że moi siatkarze zaprezentują się z dobrej strony. Na pewno w pierwszym meczu, w naszej hali, przy dopingu publiczności, będziemy chcieli pokazać naprawdę dobrą siatkówkę.
Itas faktycznie gra świetnie, ale i drużynie Michała Winiarskiego zdarzyło się potknięcie w sezonie, kiedy przegrali z czwartym zespołem od końca w tabeli
Serie A.
Ale wiadomo, że nie da się całego sezonu grać na najwyższym poziomie. To nawet pokazuje nasza postawa. Zdarzają nam się słabsze momenty.
No właśnie w Lidze Mistrzów radzicie sobie rewelacyjnie, ale w polskiej lidze średnio. Wynika to z tego, że w LM jest większa mobilizacja, a ligę odpuszczacie?
Nie można powiedzieć, że my odpuszczamy jakieś mecze. Natężenie wszystkich spotkań jest bardzo duże. Mówię o meczach w Lidze Mistrzów, gdzie chłopcy rzucają całe swoje największe siły i umiejętności. Za kilka dni musimy się przygotować na mecze z zespołami z dołu tabeli, co jest ciężkie pod względem fizycznym i mentalnym. Runda zasadnicza nie jest na razie najważniejszą częścią sezonu. Na playoffy na pewno mobilizacja będzie mocna. Jesteśmy pełni optymizmu. Sezon się jeszcze nie skończył, a my chcemy jak najdalej zajść we wszystkich rozgrywkach.
Gdy popatrzymy na metryczki zawodników Itasu, to nie da się ukryć, że ten zespół jest w gruncie rzeczy młody, wsparty kilkoma doświadczonymi graczami. Czy tak wyobraża Pan sobie drużynę z Częstochowy za kilka lat?
Oczywiście chciałbym, żeby ten zespół grał na poziomie Trentino i zachował ten skład na parę lat. Wiemy jednak, jak u nas bywa. Szkolimy młodych zawodników i ich promujemy, ale po roku, dwóch latach zmieniają kluby na bardziej zamożne. Boję się, że może być podobnie w przypadku Częstochowy. Spróbujemy się wzmocnić na początku nowego sezonu, ale aż tak nie wybiegamy myślami w przyszłość. Koncentrujemy się na kolejnych spotkaniach. Po sezonie pomyślimy nad uzupełnieniem składu. Mamy swoje wzory i dążymy do osiągnięcia poziomu europejskich drużyn.
Rozpoznanie rywali nie powinno stanowić problemu. Macie Smilena Mlyakowa, który dwa sezony grał właśnie w Trentino.
Smilen na pewno będzie dodatkowym źródłem informacji. Służył pomocą przy rozpracowaniu Piacenzy, bo znał ten zespół z ligi włoskiej. W obecnych czasach system skautingu i rozpracowania przeciwnika jest bardzo rozbudowany. Mamy dostęp do wszystkich meczów, które rozgrywają zespoły w Lidze Mistrzów. Oni też o nas wiedzą wszystko. Zaskoczyć się nikogo nie da. Oczywiście każdy dodatkowy głos, czy komentarz jest bardzo pomocny. Z drugiej strony oni znają doskonale Smilena. Jak ustawić pod niego obronę, blok czy inne elementy. Poza tym mają przecież Michała Winiarskiego i Łukasza Żygadło. Zawodników, którzy wychowali się tutaj, znają atmosferę na polskich parkietach.
Kto oprócz Grbicia i Winiarskiego stanowi o sile zespołu z Trydentu?
Na pewno przyjmujący Bułgar Matey Kaziyski, jeden z najlepszych zawodników na tej pozycji. Świetny w ataku i na zagrywce. Mają bardzo dobrych dwóch środkowych, reprezentantów Włoch i Brazylii. Jest też silny Brazylijczyk Visotto. Siła ognia po przeciwnej stronie siatki będzie naprawdę olbrzymia. Musimy zagrać skutecznie we wszystkich elementach, tak jak w meczu z Piacenzą, kiedy zaczęliśmy od dobrej zagrywki kierunkowej. Ona pozwoli odrzucić rywala od siatki, wtedy ta siła w ataku zostanie w pewnym stopniu zneutralizowana, bo bez tego będzie bardzo ciężko zablokować rywala, czy coś bronić. Taki typ zagrywki w konkretne sektory boiska jest bardzo nieprzyjemny i zawodnicy tego nie lubią.
Ma Pan bardzo młody zespół, który odniósł wielkie sukces. Czy czuje Pan wielką dumę z tego powodu?
Praca w Częstochowie z ambitnymi siatkarzami daje mi dużo radości. Oni wiedzą, o co walczą i do czego dążą. Stworzyliśmy naprawdę wielkiego ducha zespołu. Przyjemnie jest patrzeć, jak ci chłopcy robią postępy, jak walczą równy z równym z siatkarskimi gigantami różnych lig. Z kolei oni odczuwają wielką satysfakcję, że mogą grać w klubie, który dał im szansę podjęcia takich wyzwań, a mnie cieszy, że oni tę szansę wykorzystują. Nie mieliśmy wyjścia i budowaliśmy zespół w inny sposób. Na razie to przynosi efekty. Jeżeli moi zawodnicy będą pracować dalej z takim zaangażowaniem i zapałem, to w przyszłości polska siatkówka i jej kibice będą mieli z nich dużą radochę.
A nie obawia się Pan, że tak młodym graczom "sodówka" może uderzyć do głowy?
Trudno powiedzieć, bo każdy ma inny charakter. Jeden może wszystko przechodzić bez "sodówki", a innemu może lekko zaszumieć w głowie. Myślę jednak, że tym chłopakom akurat to nie grozi. Staram się im tłumaczyć, żeby pracowali nad sobą. Chcę, żeby byli pewni siebie na boisku i poza nim, żeby zachowali chłodną głową, wolną od głupot.
Skra, AZS i Jastrzębie w Challenge Cup zaszły daleko w pucharach. To przypadek, czy może polska ligowa siatkówka na stałe weszła do europejskiej elity?
Nie chcę mówić, że to jednorazowy przypadek, bo w zeszłym roku Rzeszów był w finale europejskiego pucharu. My o jedną piłkę byliśmy od final four Pucharu Konfederacji. Bełchatów był w Final Four Ligi Mistrzów. To nie jest jednorazowy wystrzał, jest to pewna ciągłość. Nie są dla nas straszne zespoły ze wschodu, czy z południa. Idziemy w dobrym kierunku. Nie przeszliśmy przypadkowo. Teraz to będzie normą.
Trenerskie marzenie, to sukces z reprezentacją?
W tym roku był konkurs na trenera kadry, ale ja nie startowałem, bo uważam, że jest dla mnie za wcześnie. Mam za mało doświadczenia i trzeba się jeszcze uczyć. Na wszystko przyjdzie czas. W dalekiej przyszłości oczywiście chciałbym objąć kadrę, ale póki co koncentruję się na AZS.
Na zakończenie z innej beczki. Mówił pan po meczu z Piacenzą, że zwycięstwo jest ważne, bo nikt wam nie pomógł. Dużo mówi się w świecie siatkówki o wprowadzeniu tzw. challengu, rozwiązania znanego z kortów tenisowych. Czy to dobry pomysł?
Wszystko jest dobre, co prowadzi do tego, żeby nie było podejrzeń o układy. To jest na tyle szybka i siłowa gra, że sędziom takie rozwiązanie by się przydało. Challenge w formie usystematyzowanej, by uniknąć absurdów rozgrywania akcji w nieskończoność, to jest przyszłość w siatkówce. Myślę, że każdy zespół mógłby mieć jedną, dwie próby na set do sprawdzenia decyzji sędziów.



Other Agency





















