Oglądaj Eurosport i Eurosport 2 na żywo na ekranie Twojego komputera. Zarejestruj się TUTAJ
Najlepszy snookerowy show na Ziemi?
Po kilku niesamowitych finałach dużych turniejów i jednak rozczarowaniu Power Snookerem byłem pewien, że wiele nowego w snookerze już nie zobaczę. Myliłem się. I to jeszcze jak! Wymyślony przez Barry'ego Hearna Shoot-Out to kwintesencja wszystkiego najlepszego, co można z tej gry wycisnąć.
Nic nie broni się tak dobrze, jak praktyka. Można wmawiać, że „to będzie sportowa fiesta”, a potem, że „to było coś, na co kibice czekali przez lata”. Przejdę zatem za chwilę do krótkiego (?) opisu końcówek trzech sobotnich meczów z drugiej rundy Shoot-Out, które szczerze rozłożyły mnie na łopatki.
Najpierw jeszcze tylko krótko o przepisach:
- mecz składa się z jednego frejma i nie może trwać więcej niż 10 minut,
- przez pierwsze 5 minut na uderzenie zawodnicy mają 20 sekund, przed pozostałe 5 minut mają 15 sekund,
- po faulach biała może być ustawiona w dowolnym miejscu na stole,
- przy każdym zagraniu przynajmniej jedna bila musi dotknąć bandę lub wpaść do kieszeni,
- moment wykonania uderzenia, to moment dotknięcia tipem kija białej bili przy zagraniu,
- przy remisie punktowym na koniec czasu meczu (10 minut) zarządzana jest dogrywka na niebieskich z punktu (biała z „pola D”).
Brzmi nawet całkiem znajomo - cokolwiek przypomina to Power Snookera. Barry Hearn ma jednak wyczucie, którego zabrakło twórcom tamtej pokazówki. Przede wszystkim turniej zorganizował w Blackpool, gdzie aranżacja areny gry (trybuny dookoła stołu) narzucała skojarzenie z walkami gladiatorów.
Po drugie i może nawet ważniejsze: kiedy podpita już brytyjska publiczność zaczęła wrzucać swoje głupkowate teksty w stronę zawodników, pani Michaela Tabb stanowczym głosem oznajmiła:
„Hej! Proszę o zachowanie spokoju! Wszyscy jesteśmy tutaj po to, żeby się dobrze bawić, ale proszę pozwólcie zawodnikom składać się do zagrań w ciszy. Krzyczeć możecie przed i po”
Proste? I jakże różne od tego, co było w Power Snookerze, gdzie organizatorzy szli za publicznością i jeszcze zachęcali do wlewania w siebie kolejnych kufli piwa.
Nie muszę dodawać, że Michaela Tabb za swoją uwagę otrzymała gromkie brawa od tej rozsądniejszej części - czyli większości - kibiców.
A teraz do rzeczy: trzy mecze drugiego dnia Shoot-Out, które wstrząsnęły Blackpool.
Mike Dunn - Alfie Burden
To taki mecz, na który w „normalnym” turnieju nikt by nie zwrócił uwagi. W Shoot-Out rozgrzał publiczność do czerwoności...
Nazwiska obu zawodników niewiele mówią przeciętnemu kibicowi snookera. Dunn to były członek zarządu WPBSA, dziesięć dni temu obchodził 40. urodziny. Burden w tym sezonie powrócił do zawodowego Touru dzięki zdobyciu amatorskiego mistrzostwa świata. Dla obu Shoot-Out to rzadka szansa pokazania się w telewizji i... zarobienia godziwszych pieniędzy.
MECZ: Na około dwie minuty przed końcem Burden wbija ostatnią czerwoną i obejmuje 20-punktowe prowadzenie. Może wbijać różową lub czarną, ale nie ryzykuje, bo biała jest dosyć blisko bandy. Zagrywa w kierunku czarnej, białą prowadzi na dolną bandę i chowa ją względem żółtej za różową. - Nieźle - pomyślałem sobie. - Szybko Alfie kalkuluje. Trochę defensywne rozwiązanie, ale widać, że facetowi zależy na wygranej. Ma teraz Dunna w szachu, bo nawet jak wyjdzie ze snookera, to on wróci do stołu i zagra, co będzie chciał. Do tego jeszcze niebieska przyklejona do bandy. A czas leci... - kombinowałem próbując odczytać intencje Burdena.
Dunn już składał się przy białej bili. Podniesiony kij, rogal przy różowej, biała pokonuje ponad trzy metry, trafia w żółtą, a ta WPADA DO KIESZENI! Jakby było mało, to jeszcze biała nieźle ustawia się do zielonej. Dunn wbija ją z krzyżaka i przy okazji UWALNIA SOBIE NIEBIESKĄ. Zaraz brązowa do środkowej kieszeni - jak wpadnie, mecz jest jego!
Pudłuje, jęk zawodu na trybunach. Burden bez sukcesu próbuje wbić przez cały stół, Dunn ustawia snookera, Burden w miarę bezpiecznie z niego wychodzi i dostaje duże brawa. Do końca już tylko około minuty. Dunn się nie zastanawia. Podchodzi do stołu i ścina przez całą długość brązową... TRAFIA! Niezła pozycja do niebieskiej. Wbija i wychodzi do różowej. Spojrzenie na czas - jest jeszcze sporo, jakieś 40 sekund. Najważniejsze, to zachować spokój. Jedno, drugie wbicie i Blackpool wybucha okrzykiem euforii!
KOŃCOWY WYNIK: Dunn 66-59 Burden
Czy do tej pory był to najlepszy mecz tego niesamowitego turnieju? Nie jestem przekonany. Na pewno jednak te 10 minut to najbardziej ekscytujący czas z dwudziestoletniej kariery Mike'a Dunna. Reakcja zwykle powściągliwego, przypominającego z pozoru „zgnuśniałego kolesia w kapciach” zawodnika zaraz po wbiciu czarnej świadczyła o tym najlepiej.
Uff... Działo się! Ale, ale. Do stołu już podchodzą Rory McLeod i TONY DRAGO!
Rory McLeod - Tony Drago
Drago kochany był, jest i będzie. Człowiek, który w 1996 roku w UK Championship wbił setkę w 3 minuty i 31 sekund a w innym turnieju wygrał partię w równo trzy minuty, nie może nie być uwielbiany. A Rory? Tego ciemnoskórego, przesympatycznego drągala każdy zapamięta z trzech setek i pięciu kolejnych frejmów wygranych w meczu UK z Ronniem O'Sullivanem w 2008 roku.
MECZ: W końcówce prowadzący Drago nieroztropnie oddaje stół. McLeod musi sczyścić do końca. Po przedostatniej czerwonej wbija niebieską po przekątnej z taką siłą, że żółta kieszeń niemal odrywa się od stołu. Drago uśmiecha się tylko patrząc z zachwytem. Dalej już bułka z masłem - wszystkie bile łatwe, problemem może być tylko czarna poza punktem.
Rory spokojnie wbija, o czas nie musi się jeszcze bardzo troszczyć. Dochodzi dobrze do różowej na punkcie i... niespodziewanie pudłuje. To chyba koniec, bo nawet jeśli dostanie szansę, to na trafienie obu bil może nie starczyć sekund.
Trener amatorskiej reprezentacji Kataru jednak otrzymuje jeszcze podejście do stołu. Wbija różową, wychodzi na trudną czarną. Próbuje do żółtej kieszeni... Pudło. Do końca niewiele ponad trzydzieści sekund! Drago wie, że nie może całkowicie wyczekać meczu, ale kradnie tyle czasu, ile jest w stanie. Nieudana próba wbicia kończy się bardzo bezpiecznym ustawieniem - biała przy dolnej-lewej kieszeni, czarna powyżej prawej-środkowej blisko bandy i 15 sekund do końca.
McLeod nie ma wyboru. Pozostaje mu tylko uderzenie rozpaczy - mocno i niech czarna szuka kieszeni. Wali ile sił w rękach, ale łapie podwójne zbicie. - Cokolwiek to miało być, to nie wyszło - pomyślałem w tamtej chwili. - Ale... Jeszcze może wyjść z tego kwaderka! - przeszło mi przez głowę, kiedy czarna leciała w stronę lewej-długiej bandy na trzecie odbicie.
UUUOOOAAAAA!!! YEEEEEAAAAHHHH!!!! Ponownie wybuchły trybuny w Blackpool, kiedy w ostatniej sekundzie meczu czarna zbliżała się do narożnej kieszeni i wreszcie do niej wpadła! - Ale turniej! Ale to bije po głowie! - wykrzyczałem w duchu.
KOŃCOWY WYNIK: Rory McLeod 61-57 Tony Drago
A mnie wydawało się, że poprzedni mecz był hiciorem. Więcej już z tego wycisnąć się nie da. Trudno o więcej emocji.. Czyżby?
Alan McManus - Neil Robertson
„ŚliMcManus” to jeden z tych, o którego los - ze względu na tempo gry - można było obwiać się najbardziej. Robertsona przedstawiać nie trzeba. Warto jednak przypomnieć, że ze względu na przeciętne starty w PremierLeague przylgnęła do niego etykietka zawodnika kiepsko radzącego sobie z shot-clockiem.
MECZ: Na półtorej minuty przed końcem meczu Szkot prowadzi 49-13. Na stole dużo czerwonych, ale praktycznie już pozamiatane, bo czasu bardzo mało. McManus gra klasyczny shot-to-nothing - próba wbicia czerwonej z bezpiecznym odprowadzeniem białej. Minimalnie pudłuje, a biała zahacza o rant środkowej kieszeni i zostaje na środku stołu. Robertson będzie miał łatwy start, ale.. co z tego.
Kiedy Australijczyk uderza białą bilę, do końca meczu jest dokładnie 70 sekund. Żeby wygrać, musi wbić pięć czerwonych z pięcioma wysokimi kolorami, czyli zaliczyć 10 udanych zagrań, co daje średnią 7 sekund na uderzenie!
„Robbo” podejmuje się wyzwania. Nie biega jednak po każdym uderzeniu, nie chcąc stracić tchu, przez co mógłby jeszcze bardziej zmniejszyć swoje i tak mizerne szanse. Co chwilę spogląda na zegar odmierzający czas meczu i nie wytrzymuje, zaczyna szybciej poruszać nogami, z wyciąganiem kolorów ledwo nadąża sędzia Paul Collier.
Na 14 sekund przed końcem Robertson potrzebuje wbić jeszcze trzy bile. Różowa do środka, czerwona do drugiego. Ma sześć punktów straty, a biała leniwie pozycjonuje się do czarnej. „Niech się wreszcie zatrzyma!” - musiał myśleć „Robbo”, który już był ustawiony do najcenniejszego z kolorów.
Trzy sekundy do końca, Neil składa się do uderzenia. Całe Blackpool odlicza ostatnie sekundy: DWA, JEDEN! „Robbo” wyprowadza kij, uderza delikatnie białą, zmieścił się w czasie. Czarna zaczyna się poruszać, kiedy meczowy zegar pokazuje już 0:00.00. WPADA! JEST! ROBERTSON DOKONAŁ NIEMOŻLIWEGO! Jeśli wcześniej na trybunach w Blackpool była euforia, to jak określić to, co działo się po tym meczu???
- Takiej radości nie prezentowałeś nawet po zdobyciu mistrzostwa świata - konferansjer zagaił Australijczyka po meczu. - Tak, to prawda! Ale to całkiem inny rodzaj emocji. Moje serce bije z prędkością 100 mil na godzinę. To najlepszy turniej, a jakim kiedykolwiek uczestniczyłem - wyrzucał z siebie szczere, jak sądzę, słowa podekscytowany Robertson.
WYNIK MECZU: Alan McManus 49-50 Neil Robertson
A wydaje się, że najlepsze w tym najlepszym turnieju snookera, jaki kiedykolwiek został rozegrany na Ziemi jeszcze przed nami. W niedzielę najpierw rozegrane zostaną mecze "ostatniej szesnastki", a potem pozostałe - do samego finału, którego zwycięzca zgarnie 32 tysiące funtów.
Kto do tego pisał scenariusz? Hitchcock? Raczej nie. Życie, ale inspirację podrzucił Barry Hearn. Czapki z głów, chapeau bas!
Przemek Kruk
------------------------------------------------------------------------------------
ZOBACZ FRAGMENTY DWÓCH Z OPISANYCH TRZECH SOBOTNICH MECZÓW DRUGIEJ RUNDY SHOOT-OUT
Rory McLeod 61-57 Tony Drago
----------------------------------------------------
Alan McManus 49-50 Neil Robertson
























You are logged in as administrator