Piłka nożna - Premier League
27/01/2012 - 19:34 - Aktualizacja 27/01/2012 - 20:44W Arsenalu był przed Fabiańskim. Teraz szuka klubu

Całkiem niedawno na naszej stronie pojawił się tekst o zmarnowanych talentach w Polsce (link poniżej). W zestawieniu zabrakło bramkarza, który w 2005 roku był o krok od podpisania kontraktu z Arsenalem. Tym bramkarzem był Paweł Linka, który ostatnio testowany był w... Nielbie Wągrowiec.
Rafale Wolski, nie idź tą drogą
2005 rok. Jedna z poznańskich restauracji. Menedżer Radosław Osuch, w obecności Artura Boruca i Pawła Linki, wtedy zawodnika Amiki Wronki, podejmuje przedstawicieli zachodnich klubów, w tym trenera bramkarzy "Kanonierów", Gerry'ego Peytona.
- Oto najlepszy polski bramkarz - przedstawił Boruca Osuch.
- A oto najlepszy polski bramkarz za trzy lata - dodał po chwili, wskazując na Linkę.
Sytuację tę opisał w swoim tekście ("Żebrak będzie królem") ponad 7 lat temu Krzysztof Stanowski . Z artykułu można było wywnioskować, że transfer Linki do Londynu był niemal przesądzony. Rozważania na temat zarobków bramkarza w Arsenalu tylko to potwierdzają.
"W Londynie minimalna kwota, jaką inkasuje piłkarz pierwszej drużyny, to 15 tysięcy funtów tygodniowo. A Linka podpisze kontrakt właśnie jako profesjonalny zawodnik i tyle po prostu musi mu przypaść.", pisał Stanowski.
Przygoda z drużyną Arsene'a Wengera dla Linki zakończyła się na pięciodniowych treningach z pierwszą drużyną.

- To był okres, kiedy większość zawodników Arsenalu przebywała na zgrupowaniach swoich reprezentacji. Nie brakowało jednak znanych nazwisk. Pamiętam jak Wenger podszedł po treningu do bramkarzy i zapytał mnie skąd jestem i czemu chciałbym grać w tym klubie. Mój angielski nie był może wtedy wspaniały, ale zdołałem odpowiedzieć, że bardzo zależy mi na podnoszeniu swoich umiejętności, a w takiej drużynie jak Arsenal, byłoby to dla mnie bardzo dobre rozwiązanie - mówi obecnie 26-letni Linka.
Trzeba przyznać, że Polak zrobił na Peytonie (na zdjęciu z lewej) bardzo dobre wrażenie. Później trener obserwował jeszcze mecz rezerw Amiki przeciwko Kotwicy Kołobrzeg, w którym Linka zaprezentował się rewelacyjnie. Czemu przenosiny do Anglii nie wypaliły? Odpowiedź jest oczywista - poszło o kasę.
- Działacze we Wronkach postawili zaporową cenę. Wydawało im się, że skoro po zawodnika zgłasza się Arsenal, będą mogli na nim porządnie zarobić. Niestety dla Pawła, poważnie się przeliczyli. Klub z Londynu nie obserwował w tamtym czasie tylko tego golkipera. Faktem jednak jest, że Linka znajdował się bardzo wysoko na ich liście życzeń. - opowiada Andrzej Czyżniewski, który w 2005 roku był trenerem bramkarzy we Wronkach.
Dalsze losy Linki stały pod znakiem kolejnych piłkarskich porażek. Po fuzji Amiki z Lechem Poznań bramkarz nabawił się poważnego urazu barku. Pech chciał, że rehabilitacja nie przebiegała najlepiej i zamiast czterech miesięcy przerwy, absencja przedłużyła się do siedmiu. Wypożyczenie do Odry Wodzisław nie przyniosło nic dobrego. Licznik jego występów w Ekstraklasie zatrzymał się na 8 meczach.
- Swoje okazje wykorzystali w Wodzisławiu Krzysiek Pilarz i Adam Stachowiak. Nie mam oczywiście do nich o to żalu. Wręcz przeciwnie, mamy dobry kontakt do dziś. Czasem siadam i zastanawiam się, w którym momencie popełniłem błąd. Wiadomo, że miałem problemy z urazami. Nie chciałbym jednak zrzucać winy tylko na to. Wydaje mi się, że w kolejnych klubach za wysoko zawieszano mi poprzeczkę. Uczciwie przyznam, że pewnego poziomu w danym momencie nie byłem w stanie przeskoczyć... - mówi Linka.
- Naprawdę do dziś sytuacja Pawła nie daje mi spokoju. To był gracz o wielkim potencjale. Przy blisko 2 metrach wzrostu, był bardzo zwinny. Dariusz Dziekanowski nie wyobrażał sobie bez niego reprezentacji Polski U-19, którą prowadził. Od momentu przejścia do Lecha nie miał on jednak swojego mentora, osoby, która jakoby indywidualnie kierowała jego karierą. Nie chodzi mi tu o menedżerów, którzy w większości są prawdziwą zmorą w polskim futbolu, którzy myślą tylko o swoich interesach. Paweł w pewnym momencie po prostu się pogubił. - dodaje Czyżniewski.
- Wiadomo, że najłatwiej powiedzieć, że odbiła mi sodówka. Ci, którzy mnie znają doskonale wiedzą, że nigdy zbytnio nie ciągnęło mnie do imprezowania. - komentuje bramkarz.
Dopiero co w internecie pojawiła się informacja o testach Linki w drugoligowej Nielbie Wągrowiec. Sprawa jest już nieaktualna.

- Uczciwie mi podziękowano. Zaważyły kwestie finansowe. Cóż, pozostaje mi tylko nadal szukać nowego klubu. Cały czas wierzę, że jestem w stanie odbić się od dna i jeszcze pokazać na co mnie stać. Na bramkarza jestem cały czas młodym zawodnikiem. Chciałbym jeszcze pokazać "pazur". - komentuje bramkarz.
Być może wpływ na zrezygnowanie w Wągrowcu z Linki miało pozyskanie przez ten klub Tomasza Mikołajczaka, byłego napastnika Lecha. Może to właśnie on wyczerpał budżet Nielby.
Po Arsenalu Pawłowi zostały natomiast już tylko wspomnienia.
- Nawet nie zdążyłem zrobić żadnych zdjęć na pamiątkę. Zresztą nie wiem czy w ogóle bym mógł. Pamiętam bowiem sytuację, gdy Wenger podszedł do przebywającego ze mną w Londynie trenera Czyżniewskiego i zabronił mu cokolwiek notować. "Zrób użytek z tego, co pozostanie ci w głowie", powiedział menedżer Arsenalu - wspomina Linka.
- Mimo tych niepowodzeń jestem szczęśliwym człowiekiem. Mam wspaniałą żonę, z którą oczekujemy potomka. Być może i w futbolu karta się wkrótce odwróci. Mam sporo do udowodnienia - kończy.
Niewiele zabrakło, by to właśnie Linka został pierwszy polskim bramkarzem w Arsenalu. W 2007 roku do zespołu Wengera trafił Łukasz Fabiański. Dwa lata później Kanonierem został również Wojciech Szczęsny.








You are logged in as administrator
Komentarze
Odśwież
1 Do 10 z 10