Wielu obserwatorów Premier League kręciło nosem na pierwsze mecze nowego sezonu. Wiele jednostronnych spotkań, dominacja faworytów i bardzo słaba postawa niektórych zespołów. W końcu co to za liga, w której częściej pada wynik 6:0 (już 4 razy) niż 2:1 (3 razy)? W niedzielę jednak wszystko wróciło do normy, dzięki piłkarzom Fulham i Manchesteru United, którzy pokazali, czemu Premier League jest uważane za najbardziej ekscytującą ligę świata.
- Po tym, gdy zdobyłem samobójczego gola spojrzałem na zegar i zobaczyłem, że mam tylko kilka minut na umieszczenie piłki we właściwej bramce. Na szczęście udało mi się tego dokonać. Nie sądzę, żebym mógł zrobić cokolwiek przy straconej bramce, ale jestem zadowolony, że nadrobiłem to pod bramką przeciwników - tyle po meczu powiedział Brede Hangeland, jeden z bohaterów tego spotkania.
Wielkie emocje rozpoczęły się już w 11. minucie. Wtedy po rzucie rożnym gracze gospodarzy nie zabezpieczyli strefy przed polem karnym i po wycofaniu piłki przez Dimitara Berbatowa na strzał z około 20 metrów zdecydował się Paul Scholes. Uderzenie rudowłosego pomocnika "Czerwonych Diabłów" było niezwykle precyzyjne, nic więc dziwnego, że zastępujący Marka Schwarzera w bramce Fulham Dean Stockdale nie dał rady zapobiec utracie bramki.
Prowadzeni przez Marka Hughesa piłkarze Fulham już w 1. połowie stworzyli sobie kilka szans, by doprowadzić do wyrównania. Najlepszą zmarnował Dickson Etuhu, który w 26. minucie dwukrotnie z bliskiej odległości uderzał na bramkę Edwina van der Sara, ten jednak obronił oba te uderzenia, mimo, że przy drugim siedział już na murawie, co nie przeszkodziło mu wybić piłkę na rzut rożny.
Jednak nawet holenderski golkiper nie był w stanie obronić uderzenia Simona Daviesa po zmianie stron. Akcję rozpoczął Damien Duff, który na skrzydle ograł Patrice'a Evrę. Irlandczyk prostopadłym podaniem wypuścił wbiegającego w pole karne Bobby'ego Zamorę, Angielski napastnik uprzedził Johnny'ego Evansa i wycofał piłkę na 10 metr, gdzie najszybszy okazał się właśnie Davies, który mocnym strzałem zmieścił piłkę między bramkarzem United i słupkiem.
W 84 minucie gości po raz kolejny objęli prowadzenie. Piłkę z rzutu rożnego dośrodkował Ryan Giggs, jej lotu nie przeciął żaden z graczy Fulham, aż w końcu trafiła ona w nogę zaskoczonego Hangelanda i wpadła do bramki obok rozpaczliwie interweniującego Stockdale'a. Siedzący za golkiperem gospodarzy kibice przybyli z Manchesteru oszaleli ze szczęścia.
Kilkadziesiąt sekund później fani "Czerwonych Diabłów" byli już niemalże w ekstazie, która jednak szybko zamieniła się w smutek i niepewność. Sędzia Peter Walton podyktował rzut karny za zagranie ręką Duffa, co stworzyło piłkarzom United znakomitą okazję, by zapewnić sobie zdobycie kompletu punktów na trudnym terenie w Londynie. Wprowadzony w drugiej połowie Nani przegrał jednak pojedynek ze Stockdalem, który w drugim meczu z rzędu pokazał, że może być wartościowym następcą dla Schwarzera, gdyby ten miał odejść do Arsenalu.
A już w doliczonym czasie gry Hangeland zrehabilitował się za samobójczą bramkę. Z rzutu rożnego dośrodkowywał Duff, a norweski gigant (195 cm) okazał się najlepszy w walce w powietrzu i strzałem głową pokonal van der Sara ustalając wynik meczu na 2:2.
Fulham - Manchester United 2:2 (0:1)
Bramki dla Fulham: Davies (57'), Hangeland (90')
Bramki dla MU: Scholes (11'), Hangeland (samobój - 84')
- Także na ten temat
- Więcej informacji



Reuters























