P o co panu "Taniec z Gwiazdami"?
Na początku nie bardzo chciałem się na to zgodzić, ale porozmawiałem z trenerem, z właścicielem, oni nie mieli nic przeciwko, więc postanowiłem podjąć wyzwanie. Może to było nielogiczne, ale ja często działam wbrew logice. Po prostu chciałem się zmierzyć sam ze sobą. Gdybym grał w podstawowym składzie, to na pewno nie dałbym rady tego pogodzić. A tak miałem dużo czasu wolnego, bo oprócz trzech godzin treningu, zostawało osiem godzin wolnych. No i teraz faktycznie jest ciężko, bo z jednego treningu idę na drugi.
Co panu dał program?
Widzę, że zmieniło się podejście mediów do mnie jako do człowieka. Jak się na to decydowałem, to nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że ten program będzie miał takie przełożenie na mój wizerunek. A teraz po prostu widzę jak bardzo "Taniec z gwiazdami" zmienił mój obraz w oczach innych ludzi. Dzięki temu moja mama jest bardzo szczęśliwa, bo ona chyba najbardziej przeżywała tę całą nagonkę na mnie w ostatnim roku. A teraz, jak wszystko idzie w drugim kierunku, widzi mnie we fraku z muchą, to jest naprawdę zadowolona.
Jest pan celebrytą?
Nie i raczej nigdy nie będę. Bo dla mnie celebryta to człowiek, który sam nakręca swoją popularność, któremu bardzo na niej zależy. Wiem, że z boku to może tak wyglądać, że poszedłem do tego programu właśnie dla popularności i jak będę mówił, że tak nie jest, to też nie wszyscy mi uwierzą. Trudno. W każdym razie celebrytą nie jestem.
Czy treningi do programu są ciężkie?
Na pewno jest ciężko. W tańcu pracują zupełnie inne mięśnie. Dlatego właśnie zrezygnowałem ze wszystkiego oprócz piłki, nie chodzę już do kina, nie umawiam się ze znajomymi. Jak już mam wolną chwilę, to po prostu chcę odpocząć. Żeby zatańczyć w niedzielę, spędzam około pięciu godzin dziennie na treningach z Izabelą. Ona ciągle uczy mnie czegoś nowego. Można powiedzieć, że też jest moim trenerem.
Czy nie wydaje się panu, że to trochę śmieszne, gdy zawodowy piłkarz tańczy jive'a, a jego występ ocenia Beata Tyszkiewicz.
To po prostu show. Ludzie w Polsce zbyt poważnie do tego podchodzą, a trzeba mieć do siebie dystans. Pewnie, że jakby ktoś dwa miesiące temu mi powiedział, że będę występował w tym programie, a na dodatek zajmę 4. miejsce w odcinku, to bym mu powiedział, żeby się zbadał. Kiedyś zresztą też myślałem, że bycie tancerzem jest trochę niemęskie, bałem się, jak będę wyglądał na scenie. Ale stroje zawsze są z nami konsultowane, więc cekiny i śmieszne koszule odpadają. A poza tym, jak patrzę teraz na zawodowych tancerzy to stwierdzam, że to nawet męskie zajęcie. I na pewno nie śmieszne. I tym bardziej sprawia mi to przyjemność, że zawsze uważałem, iż taniec jest moją piętą achillesową.
Rywalizację na boisku zamienił pan na rywalizację przed kamerami telewizyjnymi?
W "Tańcu z Gwiazdami" największą rywalizację toczę sam ze sobą. Chyba mniej stresowałem się na mistrzostwach świata, czy grając z Realem Madryt niż na scenie. Boję się, że zapomnę nagle układu, że nadepnę na sukienkę Izabeli.
Więcej w "Przeglądzie Sportowym".



Eurosport





















