- Klimat, atmosfera i boisko nie sprzyjały dobremu widowisku. Do Polski piłkarze przywieźli remis i myślę, że jest to dobry wynik, chociaż sam poziom gry w obu spotkaniach był bardzo słaby - uważa Jerzy Engel. Dyrektor sportowy PZPN wskazuje na to, że Leo Beenhakker dał zagrać wszystkim zawodnikom, których miał na zgrupowaniu.
Holender nie mógł jednak skorzystać z wszystkich piłkarzy, których powołał na zgrupowanie do RPA. Z powodu kontuzji i względów osobistych z kadry wypadło dziewięciu zawodników. Wyszło na to, że na obozie przygotowawczym polskiej reprezentacji najbardziej skorzystali działacze PZPN, którzy niemal w komplecie udali się do Afryki.
- Wyjazd do RPA był bardzo potrzebny. Przede wszystkim dlatego, by zobaczyć, co to jest za kraj. Jaki tam panuje w tym okresie klimat, jakie będą tam warunki i jak kadra musi się przygotowywać do przyszłorocznego mundialu, by właściwie się na nim zaprezentować - tłumaczy Engel.
Kadrowicze, szczególni starzy wyjadacze, nie palili się do wyjazdu do RPA. Co innego działacze. Świta Grzegorza Laty na zgrupowaniu sięgnęła 40 osób. Poza działaczami na wycieczkę pojechały też ich żony.
- Od razu powiem, że za żony sami płacimy. Ekipa mogła liczyć czterdzieści osób. Pierwszeństwo miał Leo. Zabrał, kogo chciał. Do tego dochodzą sponsorzy. Telekomunikacja zrezygnowała w ostatniej chwili z dwóch miejsc, więc ja zaprosiłem dwie osoby, boby przepadły pieniądze. I tyle. Żadnej sensacji w tym nie ma - tłumaczył w dzienniku "Polska" Lato.
Koszty zgrupowania na mocy umowy ze związkiem ma pokrywać firma Sportfive. - To nie są nasze pieniądze - bronił się prezes PZPN.



Eurosport





















