Rozgrywki w krajowych ligach kończą się albo właśnie się skończyły. Za piłkarzami ciężki, wyczerpujący sezon, w którym ci najlepsi rozegrali ponad/lub około 60 spotkań i przebiegli na zielonych murawach niezliczone kilometry. Kibice doświadczyli w tym czasie różnych skrajnych emocji. Od euforii po rozpacz. Jedni cieszą się z awansów do najwyższych klas rozgrywkowych, drudzy muszą przełknąć smak goryczy po spadku, a jeszcze inni nie zdążyli ochłonąć po zdobyciu mistrzowskiego tytułu.
Niezależnie od tego, jaki to był sezon, wszystkich połączy jedno. W środę wieczorem każdy będzie śledzić wynik meczu na Stadio Olimpico w Rzymie, gdzie FC Barcelona zmierzy z Manchesterem United o najcenniejsze klubowe trofeum świata. Lepszego epilogu rozgrywek w 2009 roku nie można było sobie wymarzyć…
Do finału tegorocznej Ligi Mistrzów awansowały dwa najlepsze obecnie europejskie kluby. Przynajmniej na papierze. Katalończycy w porywającym stylu zapewnili sobie mistrzostwo Primera Division. Z kolei w angielskiej Premier League, uchodzącej za najsilniejszą ligę świata, triumfowały „Czerwony Diabły”. Manchester United w swojej lidze zaprezentował najrówniejszą formę. Popisał się serią kilkunastu zwycięstw z rzędu, a Edwin Van der Sar pobił rekord meczów bez straty gola. O ile Manchester brylował w obronie, o tyle Barcelona zachwycała ofensywą. Strzeliła ponad setkę goli w sezonie. W Lidze Mistrzów pod tym względem również była bezkonkurencyjna. Ale walka w środę będzie się toczyć nie tylko na polu ofensywy i defensywy.
Jest to pojedynek dwóch najlepszych graczy globu. Cristiano Ronaldo w ManU i Leo Messiego w Barcelonie. Kto jest lepszy? Debata na ten temat przyniosłaby podobne skutki, co przy sporze o kurę i jajko. Rozstrzygnięcia nie będzie, bo każdy ma swojego faworyta. Do niektórych bardziej przemawia filigranowy Argentyńczyk, dla innych większe znaczenie mają rajdy Portugalczyka.
Przy okazji tego meczu dojdzie do starcia dwóch wyróżniających się osobowości trenerskich. Na jednej ławce trenerskiej zasiądzie odchodzący powoli na emeryturę, prawie 70-letni Sir Alex Ferguson, twórca potęgi Manchesteru w ostatnich dwóch dekadach. A na drugiej będziemy obserwować Pepa Guardiolę, byłego piłkarza Barcelony, a od tego sezonu jej szkoleniowca, który już w pierwszym roku pracy nie dość, że zdobył mistrzostwo i Puchar Króla, to może od razu wejść do historii hiszpańskiej piłki, zakładając naraz trzy korony. Wcześniej żadnemu klubowi Primera Division ta sztuka się nie udała. Ale i dla Fergusona jest to wyjątkowy mecz. Żaden zespół nie obronił jeszcze trofeum Ligi Mistrzów. W Anglii wszyscy liczą, że zrobi to właśnie zespół Szkota.
Manchester do spotkania podchodzi prawie w pełnym składzie - brakuje tylko Darrena Fletchera. W Barcelonie nie będzie zawieszonych za kartki Daniela Alvesa i Erica Abidala. Wracają za to Thierry Henry i Iniesta. Można zakładać, że to spotkanie będzie miało podobny charakter do dwumeczu Barcy z Chelsea w półfinale. Manchester zagra bardziej defensywnie, a Katalończycy ofensywnie. Różnica polega na tym, że jest to jedno spotkanie i w drugim strat odrobić już się nie da.



Reuters





















