Piłka nożna - Ekstraklasa
25/09/2009 - 22:08Rekonwalescenci Legii odprawili Lecha

Taką Legię chcą oglądać kibice w Warszawie. Gospodarze po bardzo dobrej grze w drugiej połowie pokonali 2:0 Lecha Poznań. Bramki dla podopiecznych Jana Urbana zdobyli rekonwalescenci Bartłomiej Grzelak i Takesure Chinyama - pisze z Łazienkowskiej Krzysztof Srogosz.
Poznaniacy przyjechali jednak do stolicy, jako drużyna, która od listopada 2006 roku z Legią nie przegrała. W poprzednim sezonie dwa razy były remisy, więc i taki wynik wydawał się najbardziej prawdopodobny także w piątkowy wieczór. Po pierwszej połowie wszystko na to wskazywało. Mecz był dość szybki i mógł się podobać, ale sytuacji do strzelania gola wielu nie było.
Urban zaskoczył. Nie często w tym sezonie zdarzało się, aby od pierwszej minuty Legia zagrała z dwoma napastnikami. Tylko na początku rozgrywek opiekun warszawskiego zespołu decydował się na wspólne wystawianie Marcina Mięciela i Adriana Paluchowskiego lub Sebastiana Szałachowskiego. Teraz wiele się zmieniło. Ten pierwszy jest tylko rezerwowym, drugiego nie było nawet na ławce, a trzeci wszedł na ostatnie chwile.
Tym razem przy Łazienkowskiej zobaczyliśmy od początku Takesure Chinyamę i Bartłomieja Grzelaka. Tak naprawdę występ obu to była spora niespodzianka.
Pierwszy praktycznie nie trenował przez cały tydzień z powodu bólu kolana, a drugi dopiero wraca do formy po kolejnej, 10-miesięcznej kontuzji.
Jak się okazało występ obu napastników to był strzał w dziesiątkę. Po dość niemrawych pierwszych czterdziestu pięciu minutach, Grzelak udowodnił, że warto na niego stawiać. W 61. minucie w kapitalny sposób ograł w polu karnym Bartosza Bosackiego i pięknie podciął piłkę nad rozpaczliwie wychodzącym Grzegorzem Kasprzikiem.
28-letni napastnik trafił na Łazienkowską pod koniec 2006 roku po znakomitym sezonie w Widzewie, gdy został królem strzelców drugiej ligi. Niektórzy jednak pukali się w czoło. Nie dość, że piłkarz przyszedł do Legii ze znienawidzonego przez fanów klubu, to jeszcze zapłacono za niego aż 600 tysięcy euro.
W Warszawie od tego czasu praktycznie ciągle się leczył i przez trzy lata wystąpił tylko nieco ponad 50 razy. Teraz jednak wraca i nie ma zamiaru oddać miejsca w składzie.
Po jego golu goście nie zdążyli się jeszcze otrząsnąć, a już przegrywali 0:2. Tym razem pięknym, technicznym strzałem przy samym słupku popisał się występujący dopiero drugi raz w sezonie w lidze Chinyama, dla którego była to druga bramka w ciągu tygodnia. Była 70. minuta i do końca Lech już się nie podniósł.
Podopieczni Jacka Zielińskiego nie mieli żadnych atutów na pokonanie gospodarzy.
Legii nie przeszkodziło to, że kompletnie niewidoczny był Maciej Iwański. Pomocnik przed tygodniem rozegrał świetne spotkanie przeciwko Lechii Gdańsk. Zaliczył nie tylko dwie asysty, ale pokazał, że może być mózgiem nie tylko warszawskiego zespołu. Kilka godzin przed wieczornym meczem 28-letni zawodnik dowiedział się o powołaniu do kadry Stefana Majewskiego. Najwidoczniej to wyróżnienie źle na niego podziało, bo w niczym nie przypominał tego Iwańskiego sprzed tygodnia.
Dość słabo radził sobie sędzia Robert Małek. Niepotrzebnie dopuszczał do brutalnej gry, a gdy już któryś z piłkarzy faulował, to i tak nie pokazywał w sumie kartek. Ciągle jednak gwizdał. Dopiero w końcówce praktycznie zapomnieliśmy, że był na murawie.
W pierwszej połowie na Legii nie było dopingu. Kibice przyłączyli się ogólnopolskiej akcji protestacyjnej, która przeciwstawia się niedozwolonym flagom na stadionie. Także w piątek obserwator PZPN nie zgodził się na umieszczenie na płocie trzech sztandarów, które chcieli zawiesić warszawscy fani. Po zmianie stron wszystko było już w porządku, a fani mogli zaśpiewać „Legia, najlepsza jest”. Mieli ku temu ewidentne powody. Warszawski zespół awansował na drugie miejsce w tabeli.
Powiedzieli po meczu:
Maciej Iwański (Legia): Chinyamy nikt nie nazywał nigdy egoistą. Dzisiaj popisał się na dwa sposoby - bramka i asysta. Grzelak też super, bo przecież nie grał 10 miesięcy. Miałem dzisiaj asystę już trzecią w dwóch ostatnich meczach. Czy będą w kadrze? Bardzo bym chciał. Na razie mamy jeszcze mecz w lidze.
Bartosz Bosacki (Lech): Przegraliśmy mecz, który układał się dobrze na początku. Poszły kontry, a pierwsza bramka padła po moim błędzie, kiedy nie upilnowałem Grzelaka. Przykro. 12 goli stracone w 8 meczach? Cóż, co tu można powiedzieć. Punktowe straty do Wisły są już spore, ale do końca sezonu daleko. Nie odpuścimy.
Legia Warszawa - Lech Poznań 2:0 (0:0)
Bramki: 1:0 Bartłomiej Grzelak (62), 2:0 Takesure Chinyama (70).
Żółta kartka - Lech Poznań: Bartosz Bosacki, Seweryn Gancarczyk.
Sędzia: Robert Małek (Zabrze). Widzów 5 500.
Legia Warszawa: Jan Mucha - Jakub Rzeźniczak, Inaki Astiz, Dickson Choto, Tomasz Kiełbowicz - Miroslav Radović, Marcin Smoliński (78. Piotr Giza), Maciej Iwański, Maciej Rybus - Bartłomiej Grzelak (82. Marcin Mięciel), Takesure Chinyama (90+2. Sebastian Szałachowski).
Lech Poznań: Grzegorz Kasprzik - Marcin Kikut, Ivan Djurdević, Bartosz Bosacki, Seweryn Gancarczyk - Sławomir Peszko, Dimitrije Injac, Tomasz Bandrowski (73. Jan Zapotoka), Semir Stilić (68. Hernan Rengifo ), Jakub Wilk (81. Krzysztof Chrapek) - Robert Lewandowski.








You are logged in as administrator
Komentarze
Odśwież
0 Do 0 z 0