Łyżwiarstwo szybkie - Vancouver 2010
04/03/2010 - 19:17Brązowa medalistka: Nurowski się pomylił

- W nocy ze środy na czwartek obudziłam się o drugiej w nocy z potwornym głodem. Wstałam, zjadłam posiłek, po czym połknęłam tabletki nasenne i wróciłam do łóżka. Przystosowanie do polskich warunków zajmie mi jeszcze trochę czasu - mówi w rozmowie z Eurosport.pl panczenistka Luiza Złotkowska.
Igrzyska w Vancouver już za nami, jednak tak naprawdę dopiero teraz zaczyna się dla Pani całe szaleństwo związane z mediami. Da się z tym wytrzymać?
- To jest nasze pięć minut, dlatego warto to wykorzystać. Nie ukrywam jednak, że zmęczenie jest niesamowite. Do kraju wróciliśmy we wtorek późnym wieczorem. Do domu w Milanówku dotarłam około północy, gdzie czekali na mnie rodzice i znajomi z tortem oraz szampanem. Spać poszłam więc po 2, a trzy godziny później byłam już na nogach. Tym razem udałam się na nagranie do jednej z telewizji.
Udało się już Pani przystosować do polskiej strefy czasowej, czy też nadal funkcjonuje pani według czasu z Vancouver?
- Szczerze? Nie mam jeszcze pojęcia gdzie jestem (śmiech). W nocy ze środy na czwartek obudziłam się o drugiej w nocy z potwornym głodem. Wstałam, zjadłam posiłek, po czym połknęłam tabletki nasenne i wróciłam do łóżka. Przystosowanie do polskich warunków zajmie mi więc jeszcze trochę czasu.
Justyna Kowalczyk i Adam Małysz przez kibiców byli skazywani na sukces. Tymczasem na drużynę panczenistek nie stawiał prawie nikt. Skreślił was również prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Piotr Nurowski, który przed startem drużyny podsumował olimpijski występ panczenistów.
- Na szczęście się pomylił.
Pewny przed ćwierćfinałowym biegiem był również trener rosyjskich panczenistek.
- Rzeczywiście! Przed startem trener Rosjanek pokazywał nam tabliczki, na których widniała przewaga naszych przeciwniczek. Jedno, dwu, a potem trzy sekundowa. Był przekonany, że takie dane będzie pokazywał swoim zawodniczkom podczas rywalizacji z nami. Na ostatniej prostej, gdy zmierzałyśmy po awans trener ze złości cisnął nimi o taflę lodu. Wtedy dotarło do nas, że awansowałyśmy do półfinału.
A kiedy poczuła się Pani brązową medalistką Igrzysk Olimpijskich?

- Do mnie dotarło to po jakiejś dobie. Stojąc na podium cały czas kręciłam głową, bo nie dowierzałam, że coś takiego przytrafiło się właśnie mi. Na taki moment sportowiec czeka całe życie, a nie każdemu jest to dane.
Na podium zabrakło rezerwowej Natalii Czerwonki, która miała spory udział w olimpijskiej kwalifikacji drużyny. Jakoś jej to Panie wynagrodziły?
- Największą nagrodą dla Natalii będzie powtórzenie naszego wyniku na igrzyskach w Soczi. To jej obiecałyśmy.
Odważnie wybiega Pani w przyszłość.
- Tworzyłyśmy chyba najmłodszą drużynę, która startowała w Vancouver. Najstarsza w naszej grupie Katarzyna Bachleda-Curuś niedawno skończyła dopiero trzydzieści lat. Ja, Katarzyna Woźniak oraz właśnie Natalia dopiero wchodzimy w wiek najlepszy dla sportów wytrzymałościowych. Przed nami jest więc przyszłość.
Drugi trener reprezentacji Paweł Abratkiewicz w nagrodę za olimpijskie medal obiecał wam wyjazd na Madagaskar. Udało się już wybrać hotel?
- Obawiam się, że wyjazd niestety nie dojdzie do skutku. Ten medal był tak nieprawdopodobny, że trenerzy przed startem mogli nam obiecać góry ze złota. Pewnie zrobiliby to bez wahania. Wakacje na pewno będą, ale gdzie to czas pokaże. Na pewno wyjazd na Madagaskar byłby dla nas kolejną miłą niespodzianką.
Panczenistki nie miały długiej przerwy, gdyż w ten weekend odbędą się kolejne zawody Pucharu Świata. Pani na nich jednak nie będzie, dlaczego?
- Są to zawody sprinterskie, a moją specjalnością są dłuższe dystanse. Ja myślami jestem już przy mistrzostwach świata w wieloboju, które za trzy tygodnie odbędą się w holenderskim Heerenveen. Pierwszy raz w karierze zakwalifikowałam się na taką imprezę. Jest to dla mnie tak samo wielki wyczyn, jak wyjazd na igrzyska.
Wobec takiego rezultatu na igrzyskach oczekiwania polskich kibiców będę duże.

- Oczekiwania wobec naszych indywidualnych startów nie powinny się zmieniać. Trzecie miejsce zdobyłyśmy, jako drużyna. W grupie czujemy się zdecydowanie lepiej.
Które miejsce zadowoli, więc Panią na mistrzostwach świata?
- Jeśli znajdę się w pierwszej dwudziestce, będzie dobrym osiągnięciem. Wielkim wyczynem będzie natomiast miejsce poniżej 18.
Na zakończenie proszę powiedzieć jak w ogóle rozpoczęła się Pani przygoda z tą dyscypliną sportu?
- Mając dziesięć lat poszłam na swój pierwszy trening łyżwiarstwa szybkiego. Wszystko za sprawą pana Krzysztofa Filipiaka, który zwerbował mnie do klubu MKS MOS Pruszków. Niestety w tym mieście nie było obiektów do trenowania, dlatego w wieku 14 lat za namową trenera wyjechałam do Zakopanego, gdzie trenuję po dziś dzień. Fajnie by było, gdyby bliżej mojego domu powstał tor z prawdziwego zdarzenia.








You are logged in as administrator
Komentarze
Odśwież
1 Do 7 z 7