Lekkoatletyka - Mistrzostwa świata Berlin 2009
24/08/2009 - 19:23Janusz Rozum: Europa zazdrości nam młodzieży

12. lekkoatletyczne MŚ zakończyły się wielkim sukcesem reprezentacji Polski. Nasi zawodnicy wywalczyli w Berlinie osiem medali, co jest najlepszym wynikiem Polaków w 26-letniej historii mistrzostw. O komentarz do bieżącej sytuacji w polskiej lekkiej atletyce poprosiliśmy eksperta - Janusza Rozuma.
Z Januszem Rozumem rozmawiał Bartosz Rainka.
Polscy lekkoatleci wywalczyli w Berlinie osiem medali mistrzostw świata. Tak dobrego wyniku w światowym czempionacie jeszcze nigdy nie odnotowaliśmy.
JANUSZ ROZUM: Występ w Berlinie był zaskoczeniem dla wszystkich. W zasadzie mówiło się o tym, że dobrze by było, gdybyśmy zdobyli trzy medale, ale ponieważ dwa lata temu w Osace zdobyliśmy trzy medale brązowe, to mówiło się jedynie o poprawieniu kruszcu. Osiem medali możemy zatem uznać za dużą niespodziankę.
Czy to oznacza, że warunki do uprawiania lekkiej atletyki w Polsce uległy choćby minimalnej poprawie?
- Minimalnej poprawie na pewno tak. Po pierwsze, powstaje coraz więcej stadionów, wyposażonych w nawierzchnię syntetyczną. Obecnie znacznie łatwiej jest pozyskać środki konieczne na ich budowę. Po drugie, co podkreślają wszyscy fachowcy europejscy, Polacy od co najmniej dziesięciu lat znakomicie występują na imprezach wszystkich kategorii wiekowych. Czy to mistrzostwa młodzieżowe, czy mistrzostwa świata juniorów, Polaków zawsze wszędzie widać. Nam, podobnie jak innym wielkim krajom, zdarzają się kryzysy, jednak możemy tutaj mówić o dużej ciągłości.
Czy możemy zatem mówić o dobrym systemie szkolenia w Polsce?
- Nie można mówić o pełnym systemie szkolenia, bo takowy jeszcze nie istnieje. Wydajemy natomiast bardzo duże pieniądze na przygotowania dla krajowej czołówki. Na najlepszych polskich zawodnikach nie oszczędzamy. Jeżeli trzeba wysłać dużą grupę ludzi do RPA w styczniu, to wysyłamy. Jeżeli jest potrzeba, aby nasi lekkoatleci udali się na przygotowania poprzedzające wiosenne starty, to również znajdujemy na to pieniądze. Tak więc środki, które PZLA dostaje od Ministerstwa naprawdę wystarczają na bardzo dobre przygotowania. Czołowi nasi zawodnicy skarżą się, że w ciągu roku spędzają 250 dni poza domem. Oznacza to, że stać nas na to, aby przebywali oni na długich obozach lub po prostu startowali.
Gdyby miał Pan porównać dzisiejszy poziom polskiej lekkiej atletyki z poziomem sprzed dziesięciu lat, to czy możemy mówić tu o kroku naprzód?
- Myślę, że na pewno można. Koniec lat 80-tych i początek 90-tych nie był najlepszy w naszym wykonaniu. Wówczas mieliśmy tylko pojedyncze wyskoki. W tej chwili natomiast mamy już doświadczonych zawodników i nie ma aż tak wielkich wpadek, jak to się zdarzało wcześniej. Inna sprawa, że obecni zawodnicy są bardziej odpowiedzialni. Pamiętam czasy, kiedy nasi tyczkarze, jako jedyni byli w stanie rywalizować z Bubką. Siergiej bał się Chmary, ale brak odpowiedzialności i młodzieńcza fantazja spowodowały, że nie było szans na skuteczną walkę z ukraińskim rekordzistą. Startujący obecnie zawodnicy są bardziej dojrzali, oni wiedzą, po co rywalizują. Mają świadomość tych wszystkich korzyści, które związane są z sukcesami. Światowy kryzys trwa już co prawda drugi rok, jednak w sporcie są pieniądze. Czas, kiedy zawodnik może zdobywać środki na zabezpieczenie swojej przyszłości, jest ograniczony. Tym bardziej trzeba go wykorzystać. Dlatego też zmarnowanych karier jest w Polsce coraz mniej.
Wszystkie medale zostały wywalczone w konkurencjach technicznych. Czy Pana zdaniem Europejczycy już nigdy nie będą mieli czego szukać w konkurencjach biegowych?
- Wygląda na to, że na dystansach od 100 do 400 m to nie mają czego szukać. Można żałować, że nasza sztafeta 4x400 wypadła na mistrzostwach tak słabo. Dawno nie pobiegliśmy poniżej 3 min. i 2 s. Gdybyśmy pobiegli na normalnym poziomie, powinniśmy mieć nawet srebro. Nieobecność Jamajki i Bahamów stwarzała nam jeszcze większe szanse na wywalczenie medalu. Europejczycy mogą szukać swojej szansy właściwie tylko na dystansie 800 m. Na 1500 m ich szanse są już naprawdę minimalne. Natomiast na jeszcze dłuższych dystansach są już właściwie zerowe. Oczywiście medale zdobywają np. Francuzi, jednak jeśli popatrzymy na to skąd pochodzą, to zorientujemy się, że są oni urodzeni w Maroku lub Algierii. Co więcej, w związku z coraz powszechniejszym zjawiskiem naturalizowania zawodników, Europejczykom jest coraz trudniej rywalizować również w mistrzostwach kontynentu. W tym roku na mistrzostwach Europy Azerbejdżan wystawił zawodnika i zawodniczkę, z którymi nikt nie mógł nawiązać rywalizacji. Oboje byli urodzeni w Etiopii. Tak więc szanse w biegach są już naprawdę znikome.
Jak widzi Pan przyszłość lekkiej atletyki w Polsce? Czy na kolejnych mistrzostwach świata będziemy w stanie nasz dorobek medalowy z Berlina przynajmniej powtórzyć?
- Powtórzyć będzie niezwykle trudno. Akurat w Berlinie zarówno doświadczeni, jak i zawodnicy dopiero wchodzący do wielkiego sportu, byli w bardzo wysokiej formie. Wejście nowych zawodników w szeregi tych rywalizujących już od lat, nie zawsze przebiega tak płynnie. Jeżeli na następnych mistrzostwach zdobędziemy pięć lub sześć medali, to i tak będzie bardzo dobrze. Przed chwilą wykluczyliśmy przecież dyscypliny, w których nie mamy jakichkolwiek szansa na medale. Nie zapominajmy zresztą o innych imprezach. Poza igrzyskami i mistrzostwami świata, niezwykle istotne są starty na mistrzostwach Europy i w Pucharze Europy, który rozgrywany jest obecnie w nowej formule. Dla nas ważne jest, aby w tych imprezach pokazać się z dobrej strony. One są dla nas rzeczywistym wyznacznikiem siły w poszczególnych konkurencjach. Na naszą lekką atletykę nie powinniśmy patrzeć wyłącznie przez pryzmat mistrzostw globu i igrzysk olimpijskich.








You are logged in as administrator
Komentarze
Odśwież
0 Do 0 z 0