Biegi narciarskie
03/11/2009 - 23:48Kowalczyk dla eurosport.pl: Czasem daję zły przykład

- Igrzyska olimpijskie w Vancouver są moim celem w tym sezonie. Trasy w Whistler Olympic Park są dla mnie niestety za łatwe. Jedynym rozwiązaniem jest wzięcie do ręki łopaty i usypanie kilku podbiegów - mówi specjalnie dla eurosport.pl zdobywczyni Kryształowej Kuli Justyna Kowalczyk.
Już 21 listopada w norweskim Beitostoelen rozpocznie się nowy sezon Pucharu Świata w biegach narciarskich. Tytułu najlepszej biegaczki świata bronić będzie Justyna Kowalczyk. Faworytka do tytułu najlepszego sportowca roku 2009 w Polsce u progu sezonu udzieliła wywiadu serwisowi eurosport.pl.
J ak minął Pani okres przygotowawczy do sezonu olimpijskiego?
JUSTYNA KOWALCZYK: Przygotowania przebiegały bez zarzutu. Bardzo ciężko trenuję już od maja. W tym czasie wykonałam ogromną pracę, z której jestem zadowolona. Teraz potrzebuję 20-30 startów, żeby wskoczyć na najwyższe obroty.
Czy igrzyska olimpijskie w Vancouver będą Pani podstawowym celem na nadchodzący sezon?
Igrzyska olimpijskie są w tym sezonie moim jedynym celem. Chciałabym w Kanadzie zaprezentować pełnię swoich umiejętności. Mam jednak świadomość, że nie będzie to takie łatwe. Igrzyska są dla każdego sportowca najważniejszym startem. Na pewno jednak będę walczyć z całych sił. Oby tylko zdrowie dopisało i omijały mnie wszelkie choroby i przeziębienia.
Ile kilometrów Justyna Kowalczyk przebiegła w okresie przygotowawczym poprzedzającym obecny sezon olimpijski?
Niech to pozostanie moją tajemnicą (śmiech). Powiem tylko, że najwięcej kilometrów przebiegłam w sezonie 2005/2006 – 14 000.
Na którym dystansie widzi Pani największe szanse dla siebie w Vancouver? Na każdym poza sprintem?
Jestem przekorna, być może mam zatem największe szanse właśnie w sprincie (śmiech). Mam ten wielki komfort, że jestem bardzo uniwersalną zawodniczką. Potrafię biegać wszystkie dystanse. Jedyną konkurencją, którą opuszczę, będzie sztafeta sprinterska. Na pewno wesprę moje koleżanki w sztafecie 4x5 km. Biorąc pod uwagę specyfikę tras w Vancouver, nie potrafię teraz wskazać konkurencji, w której zaprezentuję się najlepiej.

Trasy Whistler Olympic Park są dla Pani za łatwe?
Niestety. Jedynym rozwiązaniem jest wzięcie do ręki łopaty i usypanie kilku podbiegów.
Czy śledziła Pani przygotowania do sezonu innych czołowych zawodniczek? Kogo najbardziej należy obawiać się w kontekście walki o medale w Vancouver?
W znakomitej dyspozycji znajduje się Kristina Smigun. Wygląda piekielnie mocno. Jestem pod wrażeniem tego, co zobaczyłam i po prostu boję się. Wiem, że rywalką będzie przednią, zwłaszcza w łyżwie.
W ostatnim czasie zmienili się Pani serwismeni. Jak układa się Pani współpraca z Estończykami – Arne Metsem i Pele Koidu, którzy zastąpili Ulfa Olssona?
Bez zarzutu. Do ich pracy nie mam zastrzeżeń.
Jest Pani pierwszą Polką, która zdobyła medal olimpijski i tytuł mistrzyni świata w biegach. Czy gdy rozpoczynała Pani swoją przygodę z nartami, miała Pani głowie takie cele?
Oczywiście, że nie. Moja przygoda z nartami oparta była z początku wyłącznie na mojej przekorze. Pamiętam, że na początku narty mi wręcz przeszkadzały. Denerwowało mnie, że bieganie na nartach źle mi wychodziło i postanowiłam to zmienić. Bardzo chciałam być lepsza i lepsza. Najpierw udanie startowałam w zawodach juniorskich. Potem przyszły dobre występy w zawodach kontynentalnych FIS, następnie w rywalizacji do lat 23. Moja ciężka praca zaczęła przynosić efekty. Nigdy jednak nie spodziewałam się, że tyle uda mi się osiągnąć. Jest to również wielka zasługa mojego trenera, z którym mam okazję pracować od lat.
No właśnie, Pani i Aleksander Wierietielny jesteście sobie wierni od początku Pani kariery.
Mija właśnie 10. rok naszej współpracy. Dekada wystarczyła mojemu trenerowi, aby z ledwo chodzącej na nartach amatorki zrobić najlepszą zawodniczkę Pucharu Świata w sezonie 2008/2009. Moim zdaniem on jest cudotwórcą.
Na czym polega fenomen tak długiej i zgodnej współpracy? Przez te wszystkie lata nigdy nie doszło do większych konfliktów między Panią, a trenerem.
Myślę, że mamy z trenerem bardzo podobne charaktery. Oboje jesteśmy bardzo ambitni i przekorni. Udało się nam wypracować daleko idący kompromis, który nie raz ratował sytuacje między nami. Aleksander Wierietielny jest po prostu bardzo dobry człowiekiem, a moje dobro jest dla niego absolutnie nadrzędną sprawą. Wyniki sportowe nie są dla nas rzeczą najważniejszą.
Powiedziała Pani, że na początku narty Pani przeszkadzały. Dlaczego zatem zdecydowała się Pani biegać? Czy stało się to za sprawą starszej siostry, która również biegała na nartach?
Po raz pierwszy miałam narty na nogach, gdy byłam w czwartej klasie szkoły podstawowej. W tym czasie moja siostra brylowała w młodzikach na arenie krajowej. Ja jej tych sukcesów po prostu zazdrościłam. Moja przygoda zakończyła się wtedy na zaledwie jednym starcie, w którym niemiłosiernie przemarzłam. Nawet zwycięstwo nie zmobilizowało mnie do kontynuowania treningów. W wieku 15 lat zorientowałam się jednak, że wydolnością organizmu przewyższam wszystkich moich rówieśników, w tym również chłopców. Bieganie było jedynym sportem, który mogłam uprawiać w mojej okolicy.
Początkowo lepiej prezentowała się Pani w stylu klasycznym, który bardziej Pani odpowiadał niż krok łyżwowy.
I dalej tak jest. Dużo łatwiej biega mi się „klasykiem”. Gdy mamy treningi regeneracyjne, zawsze biegam tym stylem. Moja budowa ciała bardziej predestynuje mnie do tego stylu. Nie byłabym jednak sobą, gdybym większej liczby medali nie wywalczyła w konkurencjach z krokiem łyżwowym. Mówiłam przecież, że jestem bardzo przekorną osobą (śmiech).
Czy to prawda, że trenowała Pani krok łyżwowy pod kierownictwem byłego trenera łyżwiarskiej reprezentacji Polski?
Tak, to prawda. Pan Wiesław Kmiecik wzmacniał moje nogi i wprowadził do mojego treningu wiele elementów poprawiających technikę. Treningi te dały mi naprawdę bardzo dużo. Ostatnio nasza współpraca nie jest już tak intensywna, gdyż nie mogę w nieskończoność trenować elementów łyżwiarstwa. Co drugi dzień robię ćwiczenia imitujące jazdę na łyżwach.
Nigdy nie lubiła Pani zjeżdżać na biegówkach.
Ja lubię zjeżdżać. Na treningach nie mam z tym najmniejszego problemu. Zjeżdżam świetnie taktycznie i technicznie. Problem zaczyna się na zawodach, gdy czuję już w nogach duży ból. Tym niemniej jestem bardzo zadowolona z postępów poczynionych w ciągu ostatnich dwóch lat. Myślę, że niedługo będę w stanie dorównać w tej specjalizacji najlepszym.
Praca nad tymi wszystkimi elementami musi kosztować mnóstwo pracy. Ile dni w roku spędza Pani trenując?
Poza krajem przebywam ponad 300 dni w roku i to właściwie jest liczba moich dni treningowych.
Jak wytrzymuje to Pani psychicznie?

Z roku na rok osiągam coraz lepsze wyniki i to one dają mi ogromną motywację do pracy. Mam wielu przyjaciół wśród narciarzy i swoje ulubione ośrodki przygotowań. Nie jest zatem tak źle.
A z którymi zawodniczkami szczególnie się Pani trzyma?
Najbardziej odpowiada mi towarzystwo zawodniczek zza naszej wschodniej granicy.
W Polsce właściwie Pani nie trenuje. Które zagraniczne ośrodki są zatem Pani ulubionymi?
Moim ulubionym ośrodkiem jest estońskie Otepaeae. Nie oznacza to jednak, że zawsze startuje mi się tam dobrze. Pamiętam, że podczas pierwszego występu zajęłam przedostatnie miejsce. Wtedy jednak powiedziałam sobie, że jeszcze po tych pagórkach będę biegać jak kozica i słowa dotrzymałam. Miejscowość jest świetna. Jest tam bardzo spokojnie, a jednocześnie mamy możliwość odbywania kompleksowych treningów w znakomitych warunkach. Tamtejsze trasy są bardzo urozmaicone. Bardzo imponuje mi również podejście Estończyków do sportu i wielki szacunek, jakim darzą osoby je uprawiające. Lubię również Raubicze na Białorusi i austriackie Ramsau. Właściwie to podoba mi się większość ośrodków, a wyliczyć mogłabym te, w których z jakiś względów czuję się gorzej.
W ostatnim czasie poczyniła Pani ogromne postępy w języku angielskim. Z przyjemnością patrzyliśmy w Libercu, gdy udzielała Pani wywiadów po angielsku dla licznie zgromadzonej publiczności.
Tak naprawdę moim wielkim marzeniem jest nauczenie się języka rosyjskiego. W języku angielskim komunikuje się jednak niemal cały świat. Stąd też moja intensywna praca nad opanowaniem tego języka.
Gratulujemy również obrony pracy magisterskiej na katowickiej AWF. Na jaki temat napisała Pani swoją pracę dyplomową?
Analizowałam obciążenia treningowe pierwszej i jedynej juniorki, który wywalczyła medal na mistrzostwach świata.
Czyli pisała Pani pracę o swoim treningu?
No można tak powiedzieć (śmiech). Pracę magisterską obroniłam na „5”.
Już teraz zaczęła Pani myśleć o swojej przyszłości po zakończeniu kariery?
Po zakończeniu kariery na pewno zostanę na uczelni. Chciałabym w dalszym ciągu poszerzać swoją wiedzę. Mam tu na myśli studia doktoranckie. Mam już także wszystkie uprawnienia do trenowania innych zawodników. Nie mogę więc wykluczyć, że w przyszłości zajmę się szkoleniem innych.
Czy Justyna Kowalczyk lubi być leniwa i nic nie robić?
O tak. Tytanem pracy jestem tylko na treningach. Gdy jednak przestaję harować, to jestem bardzo leniwa. Dla przykładu, gdy niedawno wróciłam z Ramsau, to dwa dni przeleżałam w łóżku, obżerając się niemiłosiernie wszystkim, co wpadło w moje ręce. Na treningach pracuję bardzo ciężko, ale później muszę to odreagować. Szczególnie dużo jadam słodyczy. Proszę, nie bierzcie ze mnie przykładu.









You are logged in as administrator
Komentarze
Odśwież
1 Do 2 z 2